KSIĘGA TREŚCI

O ACTA. Ale z innego punktu widzenia

Z wiadomości, których słucham w radiu bądź czytam w serwisach internetowych, od kilku dni cała Polska protestuje przeciwko ACTA. Staram się nie poruszać na tym blogu kwestii politycznych (bo nie lubię ich komentować) dlatego też i tym razem powstrzymam się od komentarza. Niemniej, sprawa wydaje mi się interesująca pod innym kątem.

Otóż robiąc sobie dzisiaj śniadanie słuchałem audycji w radiu Tok.fm. Dziennikarka prowadząca audycję poruszyła kwestię, która i mnie nurtowała od jakiegoś czasu. A mianowicie: ciekawe ile z protestujących osób w ogóle przeczytało tą ustawę? Strzelałbym, że mniej niż 1% protestujących. Tutaj muszę się przyznać, że ja również jej nie przeczytałem, chociaż zamierzam się do tego zabrać dzisiaj czy jutro (praca licencjacka skutecznie ogranicza mój czas wolny).

Nie twierdzę tutaj, że protestujący robią źle protestując. Nie komentuję tutaj również treści ustawy – jak wspomniałem na początku, to nie jest blog polityczny i to w jaki sposób reaguję na wydarzenia tej natury nie są i nie będą tutaj opisywane (innymi słowy: to co sądzę o tej ustawie to moja sprawa) – ale zaskakujące jest to, jak łatwo wyciągnąć ludzi na ulice.

Wiem, że w Internecie jest masa filmików, które mają za zadanie wytłumaczyć istotę ACTA, i muszę powiedzieć, że są dość przejrzyste. Ale to nadal jest jedynie czyjaś interpretacja tej ustawy. A co gorsza – nie wiemy czyja. Nadal mimo wszystko nie usiedliśmy przy herbatce, nie odpaliliśmy laptopa i nie przeczytaliśmy samego papieru ustawy. Jedyne co czytamy to interpretacje, które, co jest równie interesujące chociaż niestety trochę przerażające, mogą być wzorowane na niedawno odroczonej legislacji Stanów Zjednoczonych (SOPA i PIPA). A skąd wiadomo, że te ustawy są podobne? Ja nie przeczytałem ani SOPA, ani PIPA ani ACTA ;>

Każdy uważa Internet za swoją własność i dlatego tak wiele ludzi agresywnie reaguje na ACTA (czy też wcześniej SOPA i PIPA). Czujemy, że odbiera nam się coś, co należy do nas. Odbiera bądź bardzo mocno ogranicza. I dobrze, że ludzie protestują (ops, jednak coś skomentowałem!). Pokazuje to, że ludzie nie zapominają, że w dużej gromadzie mają jakiś głos przeciwko decyzjom rządu. Na tym polega demokracja. I z tego co czytam, protestacje przebiegają w miarę spokojnie co cieszy jeszcze bardziej.

Co jednak mnie martwi, to to, że tych ludzi na ulicach do protestu nakłoniła czyjaś interpretacja ustawy, a nie ich własne przemyślenia. Przecież tak łatwo coś przeinaczyć, przekręcić w jakimś tam filmiku na YouTube. Przecież jest wielu ludzi, którzy dla dziwnej satysfakcji chcą wywołać chaos i zamieszanie. Do tego dochodzą ataki Anonimowych na strony internetowe rządu – dużo się dzieje, a więc każdy chce w tym uczestniczyć.

Co więc bym sugerował? Przeczytanie tej ustawy samodzielnie, na spokojnie. Następnie przemyślenie wszystkiego – samodzielnie – i wyrobienie sobie zdania na jej temat. Nie sugerujmy się niepotwierdzonymi interpretacjami, które używają ogólników zamiast twardych faktów z referencjami do ustawy. Dla zainteresowanych takim wyjściem właśnie (a więc i dla siebie) znalazłem dwa przydatne dokumenty:

  • ACTA Factsheet – skrócony opis ACTA, który obiecuje obiektywnie przedstawić skrócony opis ustawy, bez interpretacji (po angielsku).
  • Pełen tekst ACTA – pełna wersja ustawy, zawierająca 25 stron (po angielsku).
«◊»

Elektroniczne gadżety odporne na wodę? Chyba już niedługo

Jak możemy przeczytać (i obejrzeć) na tej stronie, wygląda na to, że już niewiele dzieli nas od elektroniki, której nie przeszkadza woda.

Wygląda ciekawie chociaż z powodu braku bardziej szczegółowych informacji ciężko zrozumieć na jakiej zasadzie to właściwie działa. Jednak nie wątpię, że to tylko kwestia czasu aż będę mógł z czystym sumieniem wskoczyć do basenu, zapominając, że w kieszeni kąpielówek mam telefon komórkowy.

Przy okazji warto wspomnieć o drugiej ciekawej koncepcji, której rozwiązania zawsze oczekiwałem – bezprzewodowe ładowanie urządzeń elektrycznych. Technologia podobno jest już stosunkowo rozwinięta, należy teraz tylko dostosować ją do masowego użytkowania.

«◊»

O noszeniu okularów

Moi znajomi na pewno doskonale pamiętają, że mam wadę wzroku (chociaż jakiś czas temu dowiedziałem się, że dwójka moich współlokatorów wspólnie zastanawiała się czy ja noszę okulary – a noszę je nieustannie od końca szkoły podstawowej). Noszenie okularów z pewnością wielu osobom przywodzi na myśl wiele niedogodności związanych z koniecznością nieustannego trzymania na nosie dwóch szkiełek oprawionych w kawałek plastiku.

Przyznać tutaj muszę, że noszenie okularów jest czasem udręką. Bez nich nie widzę zbyt wyraźnie (jestem krótkowidzem – moja wada to około minus dwa), a muszę je zdejmować do uprawiania większości sportów. Do tego muszę na nie uważać po zdjęciu – nie mogę ich po prostu rzucić gdzieś na ziemię (raz już zdeptałem własne okulary ;)).

Noszenie okularów ma jednak swoje zalety. Nie jest to jednak wpis gdzie zamierzam opisywać te oczywiste zalety. Dzięki okularom my, okularnicy, możemy z powrotem widzieć świat w ostrych konturach – czyli taki, jakim jest (a przynajmniej taki, jaki jego obraz przedstawia nam nasz mózg). Do tego odpowiednio dobrane okulary mogą być dodatkiem do ubrania, wyrażaniem swojego stylu. Nie wspominając już o tym, że mogą też być przydatnym akcesorium – tak zwane fotochromy, czyli szkła, które samoczynnie przyciemniają się w obecności promieni słonecznych, są dla mnie istnym wybawieniem ponieważ już od dawna nie muszę się przejmować czy mam przy sobie okulary przeciwsłoneczne.

Ale! Obiecywałem, że nie będę się rozpisywał na temat oczywistych zalet noszenia okularów ponieważ je mniej więcej każdy jest w stanie wymienić samodzielnie. Ja chciałbym opisać inną zaletę noszenia okularów, a raczej, nie-noszenia okularów. Innymi słowy – zalety posiadania wady wzroku.

Poproszę teraz wszystkich Czytelników, którzy noszą okulary o ich zdjęcie. Co widzicie? Można by powiedzieć, że po części inny świat – świat do którego tylko my mamy wstęp. Świat, który niby jednym słowem można opisać jako rozmazany jednak jest to często okrutna generalizacja.

Gadam głupoty? Nie sądzę. Otóż gdy ostatnio stałem wieczorem w miejscu z którego mogłem obserwować świetlistą panoramę pewnego miasta, byłem – jak zwykle – niezwykle zaintrygowany tą żywą grą świateł i światełek. Szybko przemijające światła samochodów przeplatające się z małymi punkcikami świateł latarnii ulicznych. Pojawiające się i znikające światła zapalane w domach, widziane przez kwadratowe okna. Nad wszystkim czuwający przelatujący nieopodal samolot, który dziurawi ciemne jak smoła niebo czerwonymi i białymi światełkami. Obraz jest niezwykle ostry i żywy.

I wtedy zdecydowałem się zdjąć na chwilę okulary. Moim oczom ukazał się świat zupełnie inny lub może ten sam, lecz jakby z innego wymiaru. To, co było żywe – takie pozostało. Ostre jednak zmieniło się na gładkie i łagodne. Każde światełko, nie ważne jakiego koloru oraz czy poruszające się czy nie – otoczone zostało delikatną mgiełką światła. Ruch stracił swoją ostrość, przez co zdawało się jakby zamierał i zwalniał, a mgiełka otaczająca każde źródło ruchomego światła rozmywała się jeszcze bardziej i zostawiała delikatną smugę zanikającego światła.

Jest to zupełnie inny świat, którego mogę doświadczyć jedynie dzięki skromnej wadzie mojego wzroku. Świat, który można zaprezentować poprzez wykonanie rozmazanego zdjęcia, ale to nie o rozmazanie tutaj chodzi. Tutaj chodzi o gładkość i ruch. I możliwość łatwego przechodzenia pomiędzy światami.

Okulary… Para soczewek wbudowanych w kawałek plastiku bądź metalu. Stworzone i noszone po to, aby korygować miejsce skupiania się światła w soczewce oka. Z racji ilości czasu jakie spędzamy przed urządzeniami elektronicznymi, coraz więcej ludzi musi udać się do optyka po odbiór tego naszyjnika na czoło. Nie powinno to być jednak postrzegane przez nikogo jako klątwa. To po prostu zaproszenie do nowego wymiaru naszego świata!

«◊»

Mała aktualizacja wyglądu

Powinienem w tej chwili być zajęty pisaniem raportu na zaliczenie, ale jak wiadomo w takich momentach nagle człowiek doznaje olśnienia i ma chęć do pracy nad innymi rzeczami.

Na szczęście raport jest już praktycznie skończony więc mogłem bez większego niebezpieczeństwa posiedzieć nad blogiem. Zmieniłem parę rzeczy. Na przykład już parę dni temu dodałem krótki opis bloga pod logiem oraz zmieniłem wygląd menu. Zająłem się także zachowaniem lewej strony bloga – teraz jedynie stopka porusza się po ekranie w trakcie czytania, podczas gdy logo i menu zostają na górze. Myślę, że będzie to mniej rozpraszające podczas lektury, a jednocześnie najważniejsze narzędzia – link do powrotu na początek strony oraz wyszukiwarka – będą zawsze pod ręką.

Zmieniłem również parę rzeczy “pod maską” o których dużo nie będę mówił, ale sądzę, że teraz blog powinien się lepiej wyświetlać na większości komputerów. Jednak jak zawsze czekam na uwagi i sugestie :-)

A propos wyświetlania się – blog w końcu doczekał się wersji mobilnej. Już od dawna nie mogłem patrzeć jak brzydko to wyglądało gdy logo wjeżdżało na tekst, utrudniając czytanie. Teraz cały blog powinien wyglądać o niebo lepiej na małych ekranach chociaż jeszcze czekają mnie testy na komórkach o różnej wielkości ekranu.

Dodanie wsparcia dla małych urządzeń wymagało przejścia z CSS 2.1 na CSS 3. Przejście było bardziej symboliczne ponieważ kod praktycznie się nie zmienił. Chodzi tylko o to, że CSS 2.1 ma problemy z linijkami kodu odpowiedzialnymi za wsparcie urządzeń mobilnych, a więc, aby sprawdzać poprawność kodu należy ręcznie wskazać wersję CSS 3 zamiast 2.1. Niestety aktualnie nie ma opcji, aby robić to automatycznie.

Ze zmian to raczej wszystko. Pora wrócić teraz do pisania raportu bo wykładowcy raczej nie będą oceniać mnie za czas spędzony nad tym blogiem :>

«◊»

Potrafiłbyś opisać wschód słońca?

Wyobraź sobie na chwilkę, że spotykasz osobę z zupełnie innego wymiaru, osobę spoza naszego świata i wszechświata. Osoba ta, która nie zna niczego co ziemskie, pyta Cię jak wygląda wschód słońca i czym jest. Co odpowiadasz? Zastanów się dobrze zanim przeczytasz mój opis. Uważam, że takie opisywanie zjawisk tak dobrze nam znanych pozytywnie wpływa na nas, nasze postrzeganie świata i wrażliwość na jego wdzięki.

Już się zastanowiłeś? Jeżeli tak to przeczytaj moją propozycję.

Dla mnie wschód słońca jest nagłym przypływem fali pięknego światła. Fali, która leniwie rozlewa się po horyzoncie, przepędzając precz mrok. Fali, która daje nadzieję na lepszy dzień.

Fali, która po zetknięciu się z człowiekiem powoduje niespodziewany przypływ ciepła. Nie jednak zwykłego ciepła, które odczuwamy na skórze. Wewnętrznego ciepła, które czujemy głęboko w sobie, i które, podobnie jak światło wschodzącego słońca, powolną falą rozlewa się po naszym ciele. A gdy nas owe ciepło wypełnia po brzegi, powoduje uśmiech. Uśmiech, który promienieje radością i wywołuje inne uśmiechy.

Tak rzadko chce nam się wstać na tyle wcześnie, aby podziwiać wschód słońca. Jednak gdy przypadkiem, niechcący znajdziemy się we właściwym miejscu o właściwym czasie, widok ten, pomimo, że zawsze niby identyczny, zawsze jest inny. A to dlatego, że niesie ze sobą inne nadzieje i przegania inne smutki niż dzień wcześniej.

Napisałem kiedyś wiersz o tym w jaki sposób czas leczy rany. Sądziłem wtedy, że to jedyne lekarstwo na nasze smutki. Po części miałem rację, a po części się myliłem. Czas co prawda leczy rany, ale jest najbardziej brutalną formą lekarstwa. Zamknij załamanego człowieka w celi odciętej od świata, a albo zwariuje albo pogodzi się z bólem – tak czy siak pozbędzie się smutku.

Wschód słońca jest symbolem przemijania czasu, jednym z wielu. Przedmioty z którymi mamy do czynienia na co dzień najczęściej wcale tak jasno nie obrazują bezpowrotnego przemijania chwil, a czasem wręcz starają się tuszować ich przepływ przez oś czasu. Wyjątkiem tutaj mogą być zegarki jednak dawno już przestały być symbolem czasu – teraz służą nam wyłącznie do określania go. Kiedy Ty, drogi Czytelniku, ostatni raz pomyślałeś o tym, że czas mija bezpowrotnie gdy spojrzałeś na zegarek? Na pewno bardziej byłeś zajęty określeniem ile czasu masz do następnego spotkania. Jak my wszyscy.

Odbiegłem jednak delikatnie od tematu. Jak wspomniałem, wschód słońca jest symbolem przemijania czasu. Patrząc na niego zdajemy sobie sprawę, że każdy centymetr, które światło słońca zdobywa na horyzoncie odpowiada jakiejś ilości ziarenek piasku, które przesypały się z jednej bańki do drugiej w naszej klepsydrze życia.

Smutne? Niekoniecznie. Pokazuje to, że nie powinniśmy tracić czasu na przejmowanie się mdłymi smutkami i wykorzystać następny wschód słońca na uzbrojenie się w nową nadzieję. Pozwolić jego świetlistym promieniom przegnać smutki i mrok.

Wpis ten początkowo miał traktować jedynie o opisie wschodu słońca. Gdy zauważyłem, że trochę mnie poniosło i rozpisałem się, chciałem podzielić ten wpis na dwa. Zdałem sobie jednak sprawę, że na początku wpisu zadałem dwa pytania, nie jedno:

jak wygląda wschód słońca i czym jest?

Przypadkiem bo przypadkiem, choć szczęśliwym, wydaje mi się, że odpowiedziałem na oba pytania.

«◊»

Bo święta to magiczny czas

I nie pozwól, aby ktoś mówił Ci inaczej.

Święta to czas gdzie wszystko wygląda inaczej. Pachnie inaczej. Brzmi inaczej. To czas kiedy kolędy mają sens istnienia. Kiedy śnieg jest bielszy niż kiedykolwiek, a lampki na drzewach dorównują pięknem wiosennej polanie wypełnionej zieloną trawą i radującym się z życia wiosennym przybytkiem. To czas kiedy zwykły uśmiech obdarowanego przez nas prezentem drugiego człowieka wynagradza trud i koszty. To naprawdę magiczny czas. Ale jedynie wtedy, gdy pozwolimy mu być magicznym.

Mi święta od kiedy pamiętam kojarzą się z jedną sceną. Siedzę na ziemi przy oknie balkonowym jako mały szkrab i wyglądam przez okno na wieczorną ulicę spowitą w pomarańczowym blasku świateł latarnii, trochę wybielonych przez prószący delikatnie śnieg. W salonie w którym siedzę przebywa cała moja rodzina i rozmawia na dorosłe tematy – tematy, których wtedy nie rozumiałem. Nie było mi to jednak potrzebne. Podświadomie odczuwałem tę magiczną atmosferę świąt, wpatrując się w ulicę pokrytą śniegiem mimowolnie słuchając dorosłych spraw. I uśmiechałem się.

Wesołych świąt wszystkim!

«◊»

Grudzień czy grudnia?

Pisałem wcześniej o Poradni Językowej PWN. Niedawno pojawił się tam kolejny ciekawy artykuł:

Jak poprawnie piszemy w dacie – pierwszy GRUDZIEŃ czy pierwszy GRUDNIA?

Pierwszy grudnia – jak pierwszy dzień grudnia. Wyjątkiem uzasadnionym tradycją jest fragment piosenki, tzw. Mazurka 3 maja, który w jednej z wersji brzmi: „Witaj Maj! Trzeci Maj!/ Dla Polaków błogi raj!”.

«◊»

Czy wyrażenie “wszem i wobec” jest poprawne?

Pisząc niedawno jeden wpis chciałem użyć wyrażenia “wszem i wobec”. Najczęściej używam go bez chwili zastanowienia jednak tym razem na chwilę się zawiesiłem. Nie używałem go na piśmie zbyt często, a więc miałem wątpliwości co do pisowni, a konkretnie do tego czy powinienem napisać wobec czy też w obec.

Chwila przeszukiwania Internetu przeniosła mnie do ciekawego artykułu, który rozwiązał moje wątpliwości:

Dająca się obecnie słyszeć fraza wszem i wobec jest współczesną i nieuzasadnioną historycznie innowacją dawnego wszem wobec – skróconej wersji konstrukcji wszem wobec i każdemu z osobna lub podobnych, por. np.:

  • Wszystkim wobec i każdemu z osobna, komu to widzieć należy, oznajmujemy… (Volumina legum, 1732, S.B. Linde)
  • My, Stanisław August, wszem w obec i komu o tym wiedzieć należy,wiadomo czynimy… (Gazeta Narodowa, 1792, S.B. Linde)

To tylko krótki wycinek artykułu – polecam przeczytanie całości. Dowiedzieć się można między innymi:

Najciekawsza zmiana dotyczy znaczenia: otóż pierwotnie obcy to ‘wspólny, społeczny, komunalny’ (stąd np. obcowanie), a dopiero od XV w. ma znaczenie prawie przeciwstawne ‘cudzy’. Dlatego wszem wobec to istotnie ‘wszystkim razem’, choć współcześnie objaśnia się ją już raczej jako ‘wszystkim obecnym’.

Z tego co widzę, Poradnia językowa PWN ma swój kanał RSS. Dodałem już do swojego czytnika, myślę, że może być ciekawie :)

«◊»

Nowa seria wpisów: Ja Używam

Aby urozmaicić trochę treści zamieszczane na blogu zdecydowałem się stworzyć nową serię wpisów: Ja Używam. Nazwa, przyznam, trochę dziwna, ale pomyślałem, że będę co jakiś czas umieszczał krótką notkę na temat jakiegoś programu bądź serwisu z którego korzystam i mogę polecić innym.

Stosunkowo często spotykam się z sytuacją gdy ktoś patrząc na ekran mojego laptopa podczas gdy coś robię z ciekawością pyta “o, a co to?” wskazując na program bądź serwis którego aktualnie używałem. Ta seria wpisów ma za cel rozgłoszenie tej informacji wszem wobec i każdemu z osobna.

Seria nie jest ograniczona czasowo oraz nie jestem w stanie podać przybliżonej nawet ilości wpisów dołączonych do serii, ale będzie oznaczana tagiem #ju a tytuły będą nosiły przedrostek JU.

«◊»

Konsumpcjonizm? Nie sądzę

Do napisania tych słów zainspirowała mnie ta piosenka Ayo.

Jak często słyszysz, że zbyt często ulegamy pokusom i kupujemy rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebujemy? Tego typu słowa padają prawie codziennie. Elektronika, gadżety, biżuteria, markowe ubrania… Słuchając tej piosenki zacząłem się nad tym zastanawiać – czy my naprawdę jesteśmy tacy źli ulegając tym pokusom?

Zaznaczę tutaj, że z generalnym przesłaniem piosenki się zgadzam, a utwory tej artystki bardzo lubię. Studia nauczyły mnie jednak, aby starać się podchodzić sceptycznie do wszystkiego co się słyszy, szczególnie jeżeli powtarza to wiele ludzi. A więc – czy naprawdę jesteśmy złymi istotami, którzy nie potrafią się opanować?

Nie mam żadnych danych, które przedstawiałyby ilość pieniędzy rocznie wydawanych na zakupy niekoniecznie nam do życia potrzebne, ale myślę, że dane są zbędne. Możemy zgadywać, że ta liczba jest ogromna i, że jest to dość prawdopodobne, aby ta liczba miała tendencję wzrostową.

Zastanawia mnie inny fakt. Interesuję się dość mocno psychologią i lubię przeczytać dobrą książkę na temat technik wpływania na ludzi czy mowy ciała. Czytając o tym wszystkim o wiele łatwiej zobaczyć w jaki sposób twórcy reklam starają się nas atakować. Każdy z nas chyba zna kogoś kto twierdzi, że “reklamy na niego nie działają”. Oczywiście, że działają i to mocniej niż sądzi – bo nie zdaje sobie nawet z tego sprawy.

Co ciekawe, znajomość tych technik jedynie w małym stopniu zwiększa odporność na nie. Najczęściej wygląda to tak, że jestem świadom, że sprzedawca próbuje wcisnąć mi coś, co nie jest mi tak naprawdę potrzebne, ale techniki, którymi się posłużył już dawno na mnie wpłynęły i nie jestem w stanie myśleć obiektywnie – oferta mimo wszystko wydaje mi się kusząca. Dzieje się tak ponieważ te techniki wpływają na nasze podstawowe odruchy, uniwersalne dla większości ludzi (nieznacznie różniące się między kulturami). Dlatego należy postawić pytanie – czy powinniśmy za coś złego uważać to, że ktoś ulega tak sprytnie obmyślanym trikom, które powodują, że jeszcze zanim świadomie zastanowimy się czy naprawdę potrzebujemy dokonać danego zakupu, podświadomie już ten przedmiot kupiliśmy? Mogę się założyć, że w czasach prehistorycznych nasi przodkowie też woleli nosić ze sobą ładniutką, nowiutką maczugę z dobrego drewna, niż, zwykłą, trochę zużytą.

Tak więc czy jesteśmy winni temu, że kupujemy tyle przedmiotów? Czy naprawdę jest to znak degradacji społeczeństwa i wartości przez nas wyznawanych? Ktoś może powiedzieć, że tak – tym trikom można się przeciwstawić, tym bardziej, że wystarczy przeczytać jedną książkę, aby mieć o nich jako takie pojęcie.

Zgadzam się. Tylko nie mówmy wtedy o erze konsumpcjonizmu bo uważam to za niesprawiedliwość. Nazywajmy rzeczy po imieniu – znajdujemy się w erze gdzie wiadomo o człowieku i sposobach jego zachowania tak dużo, że musimy przeciwstawiać się własnej naturze i codziennie toczyć walkę z wewnętrznym ja. Możemy to w skrócie nazywać erą konsumpcjonizmu, ale ważne by wiedzieć co się za tym słowem kryje.

«◊»