Archiwa

Niesamowite twory z LEGO

Kilka filmików przedstawiających fantastyczne twory zbudowane z klocków LEGO.

Moje ulubione? Oczywiście model Mini!!!

Miesiąc bez Facebooka?

20120213-131618.jpg Facebook. Wydaje się, że to zwykła strona internetowa, którą od czasu do czasu odwiedzamy, na której zamieszczamy swoje zdjęcia, poprzez którą rozmawiamy ze swoimi znajomymi. Zadaj sobie jednak pytanie – jak często zaglądasz na tą stronę? Raz w tygodniu? Wątpię. Kilka razy w tygodniu? Myślę, że częściej. Codziennie? No, to już bliższe prawdy chociaż większość z nas sprawdza co nowego u znajomych raczej jeszcze częściej – kilka razy w ciągu jednego dnia.

Po zadaniu sobie tego pytania wpadłem na pewien pomysł, a mianowicie na pomysł eksperymentu. Otóż planuję sprawdzić jak bardzo nasze życie uzależniło się od tego serwisu. Jak zamierzam to zrobić? Facebook oferuje opcję tymczasowego wyłączenia konta. Zamierzam z tego skorzystać – na jeden miesiąc.

Co zamierzam sprawdzić?

Ogólnie mówiąc – jak bardzo jesteśmy od tego serwisu uzależnieni. Bardziej szczegółowo – chcę sprawdzić ilu moich znajomych tak bardzo polega na “systemie komunikacji Facebookowej”, że będzie miało problem ze skontaktowaniem się ze mną przez ten miesiąc (O, nie mogę wysłać Pawłowi wiadomości na fejsie, to wyślę mu maila. Ale zaraz, jaki on ma adres? E, to napiszę mu SMSa. Hmm, tylko gdzie ja podziałem jego numer…).

Inną ciekawą rzeczą do sprawdzenia będzie to ile ominie mnie przyjęć urodzinowych, wspólnych wypadów do pubu i innych. Bo przecież na Facebooku tak łatwo kogoś zaprosić, nie trzeba się nawet zbytnio zastanawiać kogo zapraszamy. Zaznaczamy parę ptaszków na odwal i wysyłamy wiadomość. Okaże się na które przyjęcia zostałem zaproszony “po prostu”, a na których przyjęciach naprawdę byłbym mile widziany ;-)

Znajomym z niebieskiego serwisu przypominam o podstronie Kontakt na tym blogu. Szczęśliwym przypadkiem miesiąc przerwy od Facebooka obejmie okres w którym muszę oddać parę zaliczeń na zajęcia, a więc wychodzi na pożyteczne z pożytecznym :-)

O ACTA. Ale z innego punktu widzenia

Z wiadomości, których słucham w radiu bądź czytam w serwisach internetowych, od kilku dni cała Polska protestuje przeciwko ACTA. Staram się nie poruszać na tym blogu kwestii politycznych (bo nie lubię ich komentować) dlatego też i tym razem powstrzymam się od komentarza. Niemniej, sprawa wydaje mi się interesująca pod innym kątem.

Otóż robiąc sobie dzisiaj śniadanie słuchałem audycji w radiu Tok.fm. Dziennikarka prowadząca audycję poruszyła kwestię, która i mnie nurtowała od jakiegoś czasu. A mianowicie: ciekawe ile z protestujących osób w ogóle przeczytało tą ustawę? Strzelałbym, że mniej niż 1% protestujących. Tutaj muszę się przyznać, że ja również jej nie przeczytałem, chociaż zamierzam się do tego zabrać dzisiaj czy jutro (praca licencjacka skutecznie ogranicza mój czas wolny).

Nie twierdzę tutaj, że protestujący robią źle protestując. Nie komentuję tutaj również treści ustawy – jak wspomniałem na początku, to nie jest blog polityczny i to w jaki sposób reaguję na wydarzenia tej natury nie są i nie będą tutaj opisywane (innymi słowy: to co sądzę o tej ustawie to moja sprawa) – ale zaskakujące jest to, jak łatwo wyciągnąć ludzi na ulice.

Wiem, że w Internecie jest masa filmików, które mają za zadanie wytłumaczyć istotę ACTA, i muszę powiedzieć, że są dość przejrzyste. Ale to nadal jest jedynie czyjaś interpretacja tej ustawy. A co gorsza – nie wiemy czyja. Nadal mimo wszystko nie usiedliśmy przy herbatce, nie odpaliliśmy laptopa i nie przeczytaliśmy samego papieru ustawy. Jedyne co czytamy to interpretacje, które, co jest równie interesujące chociaż niestety trochę przerażające, mogą być wzorowane na niedawno odroczonej legislacji Stanów Zjednoczonych (SOPA i PIPA). A skąd wiadomo, że te ustawy są podobne? Ja nie przeczytałem ani SOPA, ani PIPA ani ACTA ;>

Każdy uważa Internet za swoją własność i dlatego tak wiele ludzi agresywnie reaguje na ACTA (czy też wcześniej SOPA i PIPA). Czujemy, że odbiera nam się coś, co należy do nas. Odbiera bądź bardzo mocno ogranicza. I dobrze, że ludzie protestują (ops, jednak coś skomentowałem!). Pokazuje to, że ludzie nie zapominają, że w dużej gromadzie mają jakiś głos przeciwko decyzjom rządu. Na tym polega demokracja. I z tego co czytam, protestacje przebiegają w miarę spokojnie co cieszy jeszcze bardziej.

Co jednak mnie martwi, to to, że tych ludzi na ulicach do protestu nakłoniła czyjaś interpretacja ustawy, a nie ich własne przemyślenia. Przecież tak łatwo coś przeinaczyć, przekręcić w jakimś tam filmiku na YouTube. Przecież jest wielu ludzi, którzy dla dziwnej satysfakcji chcą wywołać chaos i zamieszanie. Do tego dochodzą ataki Anonimowych na strony internetowe rządu – dużo się dzieje, a więc każdy chce w tym uczestniczyć.

Co więc bym sugerował? Przeczytanie tej ustawy samodzielnie, na spokojnie. Następnie przemyślenie wszystkiego – samodzielnie – i wyrobienie sobie zdania na jej temat. Nie sugerujmy się niepotwierdzonymi interpretacjami, które używają ogólników zamiast twardych faktów z referencjami do ustawy. Dla zainteresowanych takim wyjściem właśnie (a więc i dla siebie) znalazłem dwa przydatne dokumenty:

  • ACTA Factsheet – skrócony opis ACTA, który obiecuje obiektywnie przedstawić skrócony opis ustawy, bez interpretacji (po angielsku).
  • Pełen tekst ACTA – pełna wersja ustawy, zawierająca 25 stron (po angielsku).

Potrafiłbyś opisać wschód słońca?

Wyobraź sobie na chwilkę, że spotykasz osobę z zupełnie innego wymiaru, osobę spoza naszego świata i wszechświata. Osoba ta, która nie zna niczego co ziemskie, pyta Cię jak wygląda wschód słońca i czym jest. Co odpowiadasz? Zastanów się dobrze zanim przeczytasz mój opis. Uważam, że takie opisywanie zjawisk tak dobrze nam znanych pozytywnie wpływa na nas, nasze postrzeganie świata i wrażliwość na jego wdzięki.

Już się zastanowiłeś? Jeżeli tak to przeczytaj moją propozycję.

Dla mnie wschód słońca jest nagłym przypływem fali pięknego światła. Fali, która leniwie rozlewa się po horyzoncie, przepędzając precz mrok. Fali, która daje nadzieję na lepszy dzień.

Fali, która po zetknięciu się z człowiekiem powoduje niespodziewany przypływ ciepła. Nie jednak zwykłego ciepła, które odczuwamy na skórze. Wewnętrznego ciepła, które czujemy głęboko w sobie, i które, podobnie jak światło wschodzącego słońca, powolną falą rozlewa się po naszym ciele. A gdy nas owe ciepło wypełnia po brzegi, powoduje uśmiech. Uśmiech, który promienieje radością i wywołuje inne uśmiechy.

Tak rzadko chce nam się wstać na tyle wcześnie, aby podziwiać wschód słońca. Jednak gdy przypadkiem, niechcący znajdziemy się we właściwym miejscu o właściwym czasie, widok ten, pomimo, że zawsze niby identyczny, zawsze jest inny. A to dlatego, że niesie ze sobą inne nadzieje i przegania inne smutki niż dzień wcześniej.

Napisałem kiedyś wiersz o tym w jaki sposób czas leczy rany. Sądziłem wtedy, że to jedyne lekarstwo na nasze smutki. Po części miałem rację, a po części się myliłem. Czas co prawda leczy rany, ale jest najbardziej brutalną formą lekarstwa. Zamknij załamanego człowieka w celi odciętej od świata, a albo zwariuje albo pogodzi się z bólem – tak czy siak pozbędzie się smutku.

Wschód słońca jest symbolem przemijania czasu, jednym z wielu. Przedmioty z którymi mamy do czynienia na co dzień najczęściej wcale tak jasno nie obrazują bezpowrotnego przemijania chwil, a czasem wręcz starają się tuszować ich przepływ przez oś czasu. Wyjątkiem tutaj mogą być zegarki jednak dawno już przestały być symbolem czasu – teraz służą nam wyłącznie do określania go. Kiedy Ty, drogi Czytelniku, ostatni raz pomyślałeś o tym, że czas mija bezpowrotnie gdy spojrzałeś na zegarek? Na pewno bardziej byłeś zajęty określeniem ile czasu masz do następnego spotkania. Jak my wszyscy.

Odbiegłem jednak delikatnie od tematu. Jak wspomniałem, wschód słońca jest symbolem przemijania czasu. Patrząc na niego zdajemy sobie sprawę, że każdy centymetr, które światło słońca zdobywa na horyzoncie odpowiada jakiejś ilości ziarenek piasku, które przesypały się z jednej bańki do drugiej w naszej klepsydrze życia.

Smutne? Niekoniecznie. Pokazuje to, że nie powinniśmy tracić czasu na przejmowanie się mdłymi smutkami i wykorzystać następny wschód słońca na uzbrojenie się w nową nadzieję. Pozwolić jego świetlistym promieniom przegnać smutki i mrok.

Wpis ten początkowo miał traktować jedynie o opisie wschodu słońca. Gdy zauważyłem, że trochę mnie poniosło i rozpisałem się, chciałem podzielić ten wpis na dwa. Zdałem sobie jednak sprawę, że na początku wpisu zadałem dwa pytania, nie jedno:

jak wygląda wschód słońca i czym jest?

Przypadkiem bo przypadkiem, choć szczęśliwym, wydaje mi się, że odpowiedziałem na oba pytania.

Bo święta to magiczny czas

I nie pozwól, aby ktoś mówił Ci inaczej.

Święta to czas gdzie wszystko wygląda inaczej. Pachnie inaczej. Brzmi inaczej. To czas kiedy kolędy mają sens istnienia. Kiedy śnieg jest bielszy niż kiedykolwiek, a lampki na drzewach dorównują pięknem wiosennej polanie wypełnionej zieloną trawą i radującym się z życia wiosennym przybytkiem. To czas kiedy zwykły uśmiech obdarowanego przez nas prezentem drugiego człowieka wynagradza trud i koszty. To naprawdę magiczny czas. Ale jedynie wtedy, gdy pozwolimy mu być magicznym.

Mi święta od kiedy pamiętam kojarzą się z jedną sceną. Siedzę na ziemi przy oknie balkonowym jako mały szkrab i wyglądam przez okno na wieczorną ulicę spowitą w pomarańczowym blasku świateł latarnii, trochę wybielonych przez prószący delikatnie śnieg. W salonie w którym siedzę przebywa cała moja rodzina i rozmawia na dorosłe tematy – tematy, których wtedy nie rozumiałem. Nie było mi to jednak potrzebne. Podświadomie odczuwałem tę magiczną atmosferę świąt, wpatrując się w ulicę pokrytą śniegiem mimowolnie słuchając dorosłych spraw. I uśmiechałem się.

Wesołych świąt wszystkim!

Cisza, cicho-sza…

I kolejny raz cisza na blogu. I kolejny raz mam dobre wytłumaczenie :>

Zaliczenia na uniwersytecie zajmują większość mojego wolnego czasu. Parę dni temu oddałem jeden stosunkowo ciężki raport na 2500 słów, a teraz czeka mnie inny, trochę może lżejszy, na 2000 oraz pierwsza część pracy licencjackiej. Oba zaliczenia musimy oddać dopiero na początku stycznia, ale jako, że będę wtedy w Polsce to wolę większość napisać przed zbliżającym się wylotem do ojczyzny, aby mieć spokojne święta i wystrzałowego sylwestra ;-)

Nie znaczy to jednak, że zawieszam bloga. Nadal mam ochotę pisać. Gorzej jest z czasem. Ale to powinno minąć… z czasem ;-)

Miniatur Wunderland

Pięcio-minutowy filmik obrazujący najbardziej imponującą makietę jaką widziałem. W fotel wgniata nie tylko jej rozmiar, ale fakt, że żyje własnym życiem! Samoloty, samochody, a nawet pojazdy policji i straży pożarnej są kontrolowane przez specjalny program komputerowy.

Tutaj możecie znaleźć oficjalną stronę projektu (który de facto dalej trwa i jest rozbudowywany). Już teraz mogę powiedzieć, że na pewno będę musiał to kiedyś zobaczyć.

Naprawdę polecam obejrzenie całego filmiku – narrator ma zabawny akcent, a ilość szczegółów jest po prostu oszałamiająca.

Google doodle dla Stanisława Lema

Wystarczy przejść na Google i podążać za animacją na górze :-)

Ciekawa mini-gra honorująca naszego pisarza.

Double-dipping – Marco.org

Double-dipping – Marco.org

Interesujący artykuł na temat płacenia za reklamy. Dotyczy głównie oglądania reklam wyświetlanych w płatnych elektronicznych wersjach gazet na iPada, ale autor w ciekawy sposób zahacza o reklamy w bardziej tradycyjnych mediach:

Consumers have tolerated double-dipping — products that cost customers money and have ads — for over a century. It doesn’t feel as offensive in contexts that have always had it, such as printed newspapers and magazines, or cable TV.

Double-dipping w sensie, że płacimy za gazetę w sklepie, dzięki czemu wydawca na nas zarabia. Jednak gdy potem przeglądamy daną gazetę w domowym zaciszu, patrzymy na reklamy umieszczone w gazecie, dzięki czemu wydawca ponownie na nas zarabia.

Ogólnie rzecz biorąc uważam, że autor artykułu ma rację. Biorąc pod uwagę elektroniczne wersje gazet, myślę, że po zapłacie za wydanie nie powinniśmy oglądać reklam. Po pierwsze, płatne aplikacje nas do tego przyzwyczaiły – darmowe wersje aplikacji mają reklamy, płatne nie. Gazety na iPadzie to praktycznie rzecz biorąc aplikacje – płatne aplikacje.

Po drugie, elektroniczne wydanie gazety jest raczej tańsze niż standardowe. Brak opłat za tusz, papier, pracę drukarek. Jedyne koszty to robocizna za złożenie wszystkiego do kupy (chociaż wydaje mi się, że mógłby to robić program) oraz dystrybucja (Apple pobiera bodajże 30% za każde sprzedane wydanie). Dlatego uważam, że jeżeli kupuję elektroniczne wydanie, i płacę za nie niemało, mam prawo oczekiwać braku reklam.

Przyznam jednak, że sprawa jest dość kontrowersyjna. Autor swoim wpisem wywołał sporą wrzawę w Internecie, którą starał się zaadresować tym wpisem. Również wart lektury.

A z domowego podwórka polecam ten wpis.

Powrót

I znowu długa cisza na blogu… Czym tym razem spowodowana? Powrotem do Wielkiej Brytanii, rozpoczęciem studiów, ponadtygodniowej rezydencji w salonie, przeprowadzką do starego pokoju i ogólnym uporządkowaniem angielskiego życia na nowo.

Tak oto zaczął się mój finalny, ostateczny, rozstrzygający, najważniejszy, najtrudniejszy i po trosze zabawny rok studiów. Przede mną trzy przedmioty, dwa o tematyce powiązanej z planowaniem (strategiczne zarządzanie oraz strategiczne zarządzanie zasobami ludzkimi) i jeden o nauce i rozwoju oraz praca licencjacka. Promotorzy przydzieleni, pozostaje pisać. Już za trochę więcej niż dwa tygodnie muszę przygotować pierwszy tysiąc słów oraz listę źródeł. Podczas gdy ja nadal jestem w trybie wakacyjnym – nie chce mi się nic robić i mógłbym codziennie leżeć do góry brzuchem. Wątpię jednak czy udałoby mi się załatwić przełożenie terminu oddawania pracy licencjackiej używając takiego tłumaczenia. Pozostaje mi chyba jedynie bolesne przestawienie się na ten właściwszy tryb.

Zaniedbałem też trochę bloga, ale potrzebowałem trochę czasu na przestawienie się zanim znowu zacznę pisać. Teraz wierzę, że to przestawienie już nastąpiło więc mam nadzieję, że uda mi się powrócić do regularnego uaktualniania tej strony.

A owy powrót zaczynam właśnie od tego wpisu :)