Archiwa

Odkrywanie świata

Czy wiesz, że w większym stopniu udało się nam jak na razie odkryć kosmos niż naszą ojczystą planetę? Głębie oceanów nadal skrywają wiele tajemnic.

Jak chyba większość z nas bardzo często zastanawiam się nad sensem naszego życia. Po co przybyliśmy na ten świat, jaki cel mamy do spełnienia. Po wszystkich moich dotychczasowych sesjach intensywnego dumania doszedłem do wniosku, że nie ma jednej określonej odpowiedzi. Odpowiedzi jest naprawdę wiele. Nie znaczy to jednak według mnie, że człowiek nie jest w stanie znaleźć sensu życia oraz, że istnieje tylko jedna prawidłowa odpowiedź. Człowiek jest na tyle skomplikowaną istotą, że może (a nawet powinien) posiadać wiele celów do spełnienia.

Według niektórych jednym z takich celów jest odkrywanie naszego świata, naszej planety. Setki tysięcy naukowców każdego dnia robią małe kroczki w stronę całkowitego odkrycia wszystkich tajemnic naszego świata. Tak więc można rzec, że naukowcy mają po części łatwo – cel ich życia jest jasno określony. Jedynie wykonanie tego celu może okazać się trudniejszym zadaniem. A co z nami? Trochę mniej odkrywczymi?

Wspominałem wcześniej, że odpowiedzi jest wiele. Dzisiaj wpadłem na kolejną – czy właściwą, nie wiem. I nie jest wcale powiedziane, że nie dotyczy wspomnianych już badaczy. Otóż świat na pewno widział już wiele. Istnieje od bardzo, bardzo dawna. Nawet my pojawiliśmy się na długo po tym gdy powstał, chociaż można powiedzieć, że wspólnie dorastaliśmy.

Nasz świat widział wielkie odkrycia, wspaniałe twory wybornych artystów, ale także krwawe wojny, ohydne kłamstwa i inne. Innymi słowy – trudno go czymś zaskoczyć. Jest jak stary, sędziwy obserwator z długą brodą, który zgarbiony od ciężaru kuli ziemskiej na plecach stracił zainteresowanie tym, co dzieje się wewnątrz tej kuli. Gdy był młody, gdy Ziemia była młoda, zapewne był niezwykle ciekaw co takiego się tam dzieje i co rusz odwracał głowę i spoglądał przez ramię, aby zaspokoić ciekawość. Teraz, po tylu stuleciach, stał się bardzo wybredny i trudno go zachęcić do wysiłku spojrzenia za siebie.

I to właśnie powinno być naszym celem. Nie powinniśmy jedynie odkrywać tajemnic naszej planety, ale sprawić, aby nasz świat zainteresował się odkrywaniem nas. Na nowo. Aby ów sędziwy obserwator poczuł powiew świeżości na policzku i zechciał się odwrócić i zerknąć na Ciebie, na Twoje poczynania. Naszym, Twoim celem jest sprawienie by to świat odkrywał Ciebie. Dlatego oddawaj się w całości swojej pasji i twórz coś niesamowitego! Bo to właśnie zainteresowania, które nas pasjonują mają największe szanse na zmianę świata – jakiekolwiek by nie były. Nie należy się tylko zniechęcać bo

praktyka czyni mistrza

Zostań mistrzem swojej pasji. Zainteresuj sobą świat. Niech Cię odkrywa nie mogąc wyjść ze zdziwienia.

O jakości polskiej sceny Internetu

20120325-151914.jpg

Internet. Niby jest jeden – międzynarodowy – jednak jeżeli zechcesz się rozejrzeć, łatwo zobaczysz różne trendy w bardziej narodowych sieciach. Porozmawiajmy więc o „polskim” Internecie.

Jako osoba z generacji Y, która dorastała wraz z Internetem, jestem stałym użytkownikiem tego medium. Staram się jednak nie ograniczać do polskiej strony sieci, ale często – o ile nie częściej – zaglądam na zagraniczne strony. Powodów do tego jest kilka. Po pierwsze, doskonalę czytany język angielski. Po drugie, polskie strony zazwyczaj i tak polegają na publikacjach z zagranicznych stron (na przykład jeżeli chodzi o informacje na temat nowych gadżetów, którymi jestem zainteresowany, ale nie tylko) więc wolę informacje z pierwszej ręki. Po trzecie, i najważniejsze chyba, zagraniczne strony są o wiele przyjemniejsze w przeglądaniu.

Dlaczego tak uważam? Do tej opinii skłaniają mnie dwa czynniki.

Reklamy

Polskie strony internetowe są jeszcze daleko w tyle jeżeli chodzi o szacunek jaki okazuje się odwiedzającemu. Wystarczy spojrzeć na nasza-klasa.pl: użytkownik jest dosłownie bombardowany reklamami, ogromnymi, ruszającymi się, skaczącymi ogłoszeniami, które tylko uprzykrzają korzystanie z serwisu. Porównajmy to teraz z serwisem Facebook. Tam również mamy masę reklam, ale nie odczuwa się ich tak bardzo. Dlaczego? Bo umieszczone są w jednym miejscu, nie są animowane czy przesadnie duże. Dochodzi tutaj oczywiście kwestia prywatności i zbierania danych o użytkowniku, aby wyświetlać mu najodpowiedniejsze reklamy dzięki czemu można sobie pozwolić na taką skromność przy ich wyświetlaniu. Jednakże ten temat zostawię na inny czas.

Duża, bardzo duża ilość polskich witryn internetowych dalej jest uwięziona w przestarzałej strategii wyświetlania reklam: wrzucamy ile się tylko da. Niestety nierzadko oznacza to obecność irytujących animowanych reklam typu Flash, które czasami dodatkowo na nas krzyczą bądź wydają inne rozpraszające dźwięki.

Strategia ta nie jest nastawiona na zwiększenie satysfakcji użytkownika, nie ma nawet na celu znalezienie złotego środka pomiędzy UX (user experience) a dochodami. Liczą się tylko dochody, użytkownik nas nie obchodzi. Zaczniemy się nim martwić kiedy odnotujemy spadek w odwiedzinach.

Czy to naprawdę jest najskuteczniejsza strategia?

Link bait

Ciężko mi wymyślić polski odpowiednik dla tego zwrotu więc wolę własnymi słowami opisać jego znaczenie i kontyuować korzystanie z angielskiego oryginału:

Link bait: zabieg polegający na uczynieniu tytułu jak najbardziej interesującym, aby maksymalnie zwiększyć prawdopodobieństwo kliknięcia w dany link. Krócej, ale bardziej subiektywnie: pułapka na użytkownika.

Aby wytłumaczyć to jeszcze lepiej, posłużę się przykładem. Oto tytuł linka z dzisiejszej strony głównej Wirtualnej Polski:

Najpierw ochłodzenie, a potem… – pogoda na Wielkanoc

Typowy przykład link-bait. Prawda, że od razu ma się ochotę zajrzeć do środka? Przeanalizujmy to zdanie kawałek po kawałeczku:

Najpierw ochłodzenie

Wiosna już nadchodzi, a więc na każdą prognozę zapowiadającą ochłodzenie reagujemy umiarkowaną palpitacją serca. Redaktorzy serwisów takich jak WP czy Onet dobrze o tym wiedzą.

,a potem…

Niedokończone zdanie – och!, jak kusi, aby zajrzeć do środka!

pogoda na Wielkanoc

Jedyna sensowna i wyrażająca szacunek dla użytkownika część zdania. Część, która rzeczywiście zapowiada co znajduje się w zalinkowanym artykule.

Wspominam o szacunku dla użytkownika – czemu? Ponieważ tego typu zabiegi uważam za brak szacunku. Redaktorom chodzi tylko i wyłącznie o ściągnięcie odwiedzającego do tego artykułu, aby wyświetlić następne reklamy. UX schodzi na dalszy plan. Pozwolę sobie zacytować właściwą treść artykułu:

Dwa tygodnie słonecznej pogody z pojawiającymi się lokalnie niewielkimi opadami deszczu i nieznaczne ochłodzenie – takiej pogody możemy spodziewać się do Wielkanocy, w nocy temperatura może spadać poniżej zera. W świąteczną niedzielę czeka nas wyraźne ocieplenie, temperatura będzie wynosiła do 15 stopni, w niemal całej Polsce będzie słonecznie. Sprawdź prognozę na każdy z 15 najbliższych dni!

Niedziela

Województwa dolnośląskie i lubuskie będą w niedzielę najcieplejszymi regionami Polski, temperatura sięgnie tam 16 stopni. Niemal równie ciepło będzie w Małopolsce i na Podkarpaciu – od 14 do 15 stopni oraz w centrum i na północnym zachodzie kraju – od 12 do 13 stopni. Chłodniej będzie nad Bałtykiem, a także w Polsce północno-wschodniej – od 8 do 9 stopni. W całym kraju będzie słonecznie, opady deszczu mogą pojawić się tylko na północno-wschodnim krańcu Polski.

Podczas gdy tytuł sprawia wrażenie jakby Wielkanoc miałaby być naprawdę kiepska pod względem pogody, właściwa treść artykułu mówi nam coś innego. Słowo „ochłodzenie” w tytule pojawiło się tylko dlatego, że w artykule padł zwrot

nieznaczne ochłodzenie

Przeciętny użytkownik po przeczytaniu czegoś takiego jest zadowolony bo dowiedział się, że pogoda na Wielkanoc zapowiada się dobrze. Ale mnie dosłownie nosi bo wiem, że dałem się wrobić serwisowi, że użył mnie, aby wyświetlić nowe reklamy. Czy tak powinna wyglądać praca szanującego się serwisu? Aby użytkownicy czuli się głupio bo dali się złapać na tego typu pułapki?

W poszukiwaniu odpowiedzi

To nie wszystko. Inne znienawidzone przeze mnie serwisy typu odkrywcy.pl oprócz link bait stosują też inne sztuczki, aby powiększyć dochód ze strony kosztem użytkownika. Po pierwsze każdy dłuższy artykuł jest podzielony na kilka stron. Zastanawiałeś się czasem dlaczego tak się dzieje? Aby zminimalizować czas ładowania się strony? Nie. Aby ułatwić czytanie? Nie wiem jak Ty, ale mi o wiele wygodniej czyta się jeżeli wszystko jest na jednej stronie. Co więcej, jeżeli cały artykuł znajduje się na jednej stronie, o wiele łatwiej zapisać go do serwisu takiego jak Instapaper, aby przeczytać go później, nawet bez dostępu do sieci (na przykład w samolocie).

Dlaczego więc artykuły są dzielone na strony? Ponieważ po przejściu na następną stronę Twoja wizyta jest rejestrowana jako zwiększony procent zaangażowania i przywiązania do strony. A takim zwiększonym wynikiem witryna może się pochwalić osobom, które chcą wykupić reklamy. A propos reklam – przy przejściu do następnej strony wyświetlane są nowe reklamy, w tym te, które trzeba było zamykać ręcznie bo zasłaniały pół ekranu. A więc jeszcze większy dochód!

To było po pierwsze. A po drugie? Strony te niezwykle często stosują trik polegający na niesamowitym rozpisaniu się na kilkaset słów. Nie chodzi tutaj jednak o to, aby poruszyć czytelnika czy też zaprezentować mu daną sprawę z wielu stron. A gdzie tam! Chodzi tylko i wyłącznie o to, aby rozwlec artykuł na jak największą ilość pod-stron, aby wyświetlić więcej reklam!

Pamiętam jak czytałem jeden z artykułów na okropnym serwisie odkrywcy.pl – to chyba po tym artykule właśnie nabawiłem się uczulenia do tej strony – który traktował o jakimś nowym odkryciu naukowców, które niby ma ułatwić nam życie (standard). Artykuł ciągnął się na pięć stron chociaż w sumie miał może z 300 słów – większość miejsca oczywiście zajmowały reklamy plus parę obrazków co by użytkownik się nie zorientował, że go naciągamy. Kompletnie rozbroiło mnie jednak coś innego: podczas gdy każda z pierwszych czterech stron kazała sądzić, że naukowcy będą mogli to nowe odkrycie wprowadzić w życie już za kilka miesięcy co sprawiało, że chciało się czytać dalej, to na ostatniej stronie dowiadujemy się nagle, że cały projekt jest nadal tylko teoretyczny, nic nie jest potwierdzone, nic nie jest pewne, a pierwsze prototypy powstaną pewnie za dziesięć lat.

Super, właśnie zmarnowałem cztery minuty swojego życia podczas gdy właściciel strony na nich zarobił.

Szczera wymiana?

Jak więc powinna wyglądać strona, która szanuje swoich użytkowników (odwiedzających)? Idealnie nie powinna zawierać reklam jednak nie zawsze jest to możliwe (strona jakoś musi się utrzymywać). Reklamy powinny być jednak wstawione w sposób kulturalny, który nie przeszkadza w czynności dla której daną stronę odwiedziliśmy – aby ją przeczytać.

Co więcej, jeżeli odwiedzam stronę z reklamami i ją przeglądam, oferuję coś, co mogę zaoferować: swój czas przez który mogę zerknąć na reklamy i rozważyć kliknięcie w nie. Mam jednak prawo oczekiwać czegoś w zamian – wartościowej treści. Po to przecież odwiedziłem tą stronę. Jeżeli spędzam kilka minut na przeczytanie artykułu i jestem dosłownie zmuszany, aby wyławiać właściwą treść spomiędzy gąszcza reklam tylko po to, aby dowiedzieć się, że tak naprawdę cała nowinka o której czytam nie ma większego sensu bądź nie jest wcale taką nowinką (patrz mój przykład o artykule na odkrywcy.pl), to mam prawo uważać, że zostałem okradziony. Nie ma tutaj mowy o uczciwej wymianie – zostałem naciągnięty. Tytułem linka obiecano mi coś ciekawego przez co zaoferowałem swój czas i swoje gałki oczne do oglądania reklam. Nie dostałem jednak nic wartościowego w zamian.

Ktoś może powiedzieć, że przecież taki jest cel tychże witryn – maksymalizowanie liczby odwiedzin. Hm, ja zawsze sądziłem, że zainteresowanie czytelnika czymś ciekawym :-)

Miecz obusieczny

Można odnieść wrażenie, że polskie strony zamiast starać się dokonywać z nami uczciwych wymian, walczą z nami, aby nas oszukać. Używają przestarzałej strategii o której wspomniałem, aby wykorzystać nas do zarobku, nie dając nic w zamian.

Ta strategia jest jednak jak miecz obusieczny – można ją wykorzystać przeciwko napastnikowi. Apeluję do Ciebie, mój drogi czytelniku, którego szanuję i staram się świadomie nie wykorzystywać żadnych z opisanych wyżej sztuczek, abyś dołączył do mojego bojkotu stron internetowych o niskiej wartości. Stron, których celem nie jest zainteresowanie użytkownika i dostarczenie mu wartościowych treści, a raczej maksymalne zwiększenie dochodów. Nie idź na kompromisy, nie zgadzaj się na wykorzystywanie tego typu sztuczek przeciwko Tobie. Nie odwiedzaj tego typu stron, szukaj alternatyw. Przykładów „złych” stron mógłbym podać mnóstwo: WP, Interia, Onet, odkrywcy.pl – ale nie chcę Cię uprzedzać.

Możesz powiedzieć, że już teraz uprzedziłem Cię do Wirtualnej Polski. Ale zastanów się – kiedy ostatni raz przeczytałeś na niej coś naprawdę wartego uwagi? Coś, co było na tyle interesujące, że pamiętałeś o tym nawet kilka dni po lekturze? Zgaduję, że nic takiego tam nigdy się nie pojawiło.

Pogoda na Wielkanoc? Po co czytać artykuł – wystarczy sprawdzić prognozę pogody w odpowiednim serwisie. Tam przynajmniej wiesz czego oczekiwać.

Obserwowanie własnych emocji

eltpics / flickr

Inteligencja emocjonalna (EQ), podobnie jak sama inteligencja (IQ), ma wiele definicji. Najpopularniejszą chyba jednak jest:

  • stopień do którego jesteśmy w stanie być świadomi odczuwanych przez siebie i innych emocji oraz do którego jesteśmy zdolni kontrolować swoje odczucia.

Podwały inteligencji emocjonalnej stworzył między innymi Howard Gardner w latach osiemdziesiątych. Stworzył on listę siedmiu inteligencji z czego dwie są związane z życiem w społeczności:

  • Intrapersonalna – umiejętność zaglądania w głąb własnej przestrzeni emocjonalnej,
  • Interpersonalna – umiejętność dostrzegania emocji u innych ludzi.

Chciałbym się zająć głównie inteligencją intrapersonalną ponieważ zainteresował mnie w niej szczególnie jeden aspekt.

Na pewno uczucie, które zaraz opiszę nie jest Ci obce. Czujesz smutek bądź złość, ale nie jesteś do końca pewien z jakiego powodu. Starasz się więc wejrzeć pod powierzchnię codzinnego „ja” i dostrzec powód tych negatywnych emocji. Czasem prześledzasz krok po kroku wydarzenia, które doprowadziły do tego, że czujesz się tak, jak się czujesz. Czasami udaje Ci się zlokalizować przyczynę – to zasługa właśnie Twojej inteligencji intrapersonalnej. Czasami jednak, pomimo wzmożonych wysiłków, nie możesz dojść dlaczego odczuwasz wewnętrzny ból. To z kolei jest granica możliwości Twojej inteligencji intrapersonalnej. Granica, którą możesz przesuwać w miarę ćwiczeń.

Właśnie – ćwiczenia. Zauważyłem, że gdy odczuwamy emocje negatywne, jesteśmy wielokrotnie bardziej skłonni do rozpoczęcia poszukiwań powodu naszego smutku czy złości. A ponieważ robimy to częściej, jesteśmy w tym coraz lepsi.

Nie zadowalamy się zwykłym wskazaniem „bo Marek był dla mnie niemiły”, ale idziemy głębiej – o wiele głębiej, starając się doszukać konkretnych czynności wykonanych przez Marka, które doprowadziły do sprawienia nam bólu. A czasem idziemy jeszcze dalej – staramy się zgadnąć dlaczego Marek zrobił to, co zrobił oraz – może rzadziej, ale jednak – jak się czuł gdy to robił (czy był szczęśliwy? Czy może robił to z przymusu?).

Nie zamierzam pochwalać karygodnego zachowania Marka. Uważam jednak, że to co robimy gdy odczuwamy takie negatywne emocje jest naprawdę wspaniałym ćwiczeniem naszej inteligencji intrapersonalnej. A przynajmniej jednego jej aspektu – emocji negatywnych. A co z tymi pozytywnymi?

Przypomnij sobie kiedy ostatni raz czułeś radość. Szczęście. Bądź też odczuwałeś inną pozytywną emocję. Czy zastanawiałeś się dlaczego się tak czujesz? Większość osób zapewne odpowie, że nie. Reszta, że tak.

Jednak jeżeli analizowałeś przyczynę swojego szczęścia – jak głęboko zaszedłeś? Czy poprzestałeś na „zaliczyłem ostatni egzamin na piątkę!” czy przeanalizowałeś tą emocję dokładniej? Myślę, że zdecydowana większość osób z tej grupy, włączając mnie, poprzestaje na płytkiej analizie.

A dlaczego? Przecież odczuwając emocje negatywne zapuszczamy się tak daleko, aby je przemyśleć! A robimy to, aby zidentyfikować ich konkretne przyczyny i w przyszłości ich unikać (w miarę możliwości). Dlaczego więc nie robimy tego samego dla emocji pozytywnych? Dlaczego nie zapuszczamy się do samych korzeni szczęścia czy radości, aby poznać ich fundamentalne przyczyny? Oczywiście nie powinniśmy robić tego z tego samego powodu dla którego analizujemy emocje negatywne – aby unikać ich przyczyn w przyszłości. W przypadku emocji pozytywnych, powinniśmy starać się wystawiać na działanie owych przyczyn jak najczęściej!

Myślę, że jest to równie przydatne jak i ważne ćwiczenie co analiza emocji negatywnych. O ile nie ważniejsze bo przecież w jednej z tych analiz jesteśmy już w miarę doświadczeni. Wyćwiczenie badania tego drugiego aspektu – emocji pozytywnych – może naprawdę pozytywnie wpłynąć na nasze życie – w podobny sposób jak zgłębianie naszych emocji negatywnych przynosi czasem ulgę od bólu.

Zatem gdy następnym razem poczujesz szęście, postaraj się głęboko zastanowić dlaczego. Nie poprzestawaj jednak na prostym „bo Kasia dała mi buziaka”, ale staraj się pójść dalej – zupełnie jakby Kasia zamiast buziaka, kolokwialnie mówiąc, sprzedała Ci liścia. Czułbyś się wtedy kiepsko, prawda? I na pewno bardzo długo zastanawiałbyś się co było powodem, jak do tego doszło.

To samo zrób dla buziaka, a może znajdziesz sposób, aby dostać ich więcej!

Smakowite słowa

Uwaga – ten wpis może się wydać dość fanatyczny dla większości osób.

Nie masz czasem wrażenia, że niektóre słowa są tak piękne, tak niesamowicie dobrze brzmią, że aż chce się je wymawiać? Wymawiać powoli, z odpowiednimi akcentami, wyraźnie.

Mrok.

Słowo tajemnicze w którym litera r ma za zadanie zmrozić krew w żyłach słuchacza, podczas gdy k ma zastukać mu w uszach i odbić się echem niczym obcas starego buta noszonego przez upiornego lokaja przechodzącego się po opuszczonej, spowitej pajęczynami rezydencji.

Chichot.

Kontrastując od wcześniejszego smutnego słowa, to słowo jest weselsze. Gdyby zabrać literę t, brzmiałoby ono prawie jak dwie części śmiechu: chi-cho. Hi, hi, chichot.

Grabieżca.

Słowo to emanuje zdecydowaniem, w dwóch różnych formach. Pierwsza część, a szczególnie b przywodzi na myśl skrytego w cieniu złodziejaszka, który usiłuje zagrabić upatrzony skarb bez zbędnego hałasu i rozgardiaszu. ż z kolei ukazuje jego drugą naturę – gotowość do walki o swoje, pewność siebie, zaciekłość.

Nie jestem pewien czy taka analiza słów jest słuszna (oraz zdrowa), ale na pewno była ciekawa i pobudziła moją wyobraźnię ;-) Masz inne pomysły słów? Napisz do mnie!

Krótka wizyta w bibliotece

Nieuchronnie zbliża się termin kiedy będę musiał oddać dwu i pół tysięczny raport na jeden z przedmiotów na uczelni. Jak zwykle w takich sytuacjach, wyruszam do uczelnianej biblioteki na polowanie szukając materiałów, które mogą mi pomóc w pracy, a nie zostały jeszcze dostrzeżone i zagarnięte przez inne osoby z mojej grupy.

Dzisiejsza wizyta była, ku mojemu miłemu zaskoczeniu, na pewien sposób specjalna. W Anglii pogoda poprawia się już z dnia na dzień – dzisiaj cieszyliśmy się jedenastoma stopniami Celsjusza, ledwo odczuwalnym wiatrem i prawdziwie angielskim, bezchmurnym błękitnym niebem. Jednym słowem – cudo, tym bardziej po niedawnym nawrocie śniegu na początku lutego.

Gdy dotarłem do szkoły, a następnie do biblioteki, zdziwiło mnie jakie panują tu pustki. Po chwili stuknąłem się w duchu w czoło bo przecież to oczywiste – po pierwsze kończy się tak zwany Guided Learning Week, czyli wbrew nazwie tydzień wolnego. Po drugie, była sobota, a więc ogólnie kończył się tydzień i trwał weekend. A po trzecie była piękna pogoda! Komu chciałoby się ślęczeć nad książkami?

Ja niestety nie miałem wyboru. Ruszyłem przez pustą obszerną salę pierwszego piętra biblioteki w stronę schodów na drugie piętro, aby skorzystać z komputera, który umożliwia przeszukiwanie spisu książek.

Gdy stworzyłem listę interesujących mnie tytułów, zapuściłem się w gąszcz regałów, półek i szafek, aby rozpocząć polowanie. Po odnalezieniu większości tytułów z listy zacząłem z czystej ciekawości przeglądać regały w poszukiwaniu innych pozycji, które mogłyby okazać się pomocne. Bardzo szybko się zaczytałem i dopiero po jakichś dwóch minutach zdałem sobie sprawę z tego co robię.

A mianowicie siedziałem na podłodze pomiędzy dwoma regałami, opierając się plecami o jeden z nich, obok niedbale rzuconego plecaka i kurtki z książką w rękach. Rozejrzałem się dookoła i dostrzegłem to, co moja podświadomość musiała dostrzec już wcześniej skoro tak szybko się zaczytałem – w bibliotece panowała kompletna, niczym niezmącona cisza. Nie był to jednak brak jakiegokolwiek dźwięku, który czasem dudni w uszach czy też przeraża. Była to piękna cisza pośród której przyjemnie się siedziało. Zupełnie jakby powietrze wokół trochę zgęstniało i tłumiło oraz spowalniało wszystko dookoła. A propos mojego otoczenia – światło słoneczne przebijało się przez delikatnie przyciemniane szyby i padało na regały ze stosami książek co skutkowało delikatnym cieniem, idealnie nadającym się do czytania: kartki nie raziły bielą w oczy, ale jednocześnie było wystarczająco dużo światła, aby móc komfortowo czytać.

Pogoda za oknem była naprawdę niesamowita. Okna w naszej bibliotece są ogromne – to wręcz ściany samego budynku. W połączeniu ze scenerią po drugiej stronie, wewnątrz budynku promieniało. Nie tylko Słońce rozświetlało pomieszczenia – wydawało się jakby idealnie bezchmurne i błękitne niebo również świeciło swoim blaskiem, dodając złotawemu światłu Słońca błękitnej nutki.

Siedząc tak wsparty plecami o regał, wpatrując się w życie toczące się za gmachem biblioteki, stwierdziłem, że pomimo złej sławy tego budynku (przecież to biblioteka! Kojarzy się z uczeniem!) bardzo miło się tutaj siedzi w takich warunkach. Większość osób pewnie by się ze mną nie zgodziło, preferując spacery w parku czy gry w piłkę. Szczerze mówiąc, możliwe, że sam bym się ze sobą nie zgodził. Ale zazwyczaj w taką pogodę zachowywałem się jak większość ludzi – nie myślałem nawet o podróży do takiego miejsca jak biblioteka i wybierałem, jak mogłoby się zdawać, przyjemniejsze czynności. Przez to właśnie nie mogłem nawet ocenić, czy też docenić, jaka fantastyczna atmosfera panuje w miejscach, które pustoszeją podczas takiej pogody.

A przecież to takie oczywiste. Aleja w parku otoczona drzewami, przytulona do spokojnego strumyka, ma swój urok niezależnie od pogody. W zimę uroku dodaje tej scenerii spokojnie prószący śnieg i spokój zamarzniętego strumienia. Jesienią również urzeka nas spokój, ale to głównie dzięki wszechobecnemu kolorowi złota i dywanowi liści pod nogami. Wiosną i latem spokój oddaje miejsca ożywieniu i miejsce nabiera większej gamy kolorów.

Podobnie z miejscami takimi jak biblioteka. W dni gdy pogoda nie zachęca do uprawiania sportów na świeżym powietrzu, biblioteka może przyciągać studentów gdyż kiedyś ją w końcu odwiedzić trzeba. Panuje tam wtedy wiosenno-letni klimat: wszędzie jest pełno ludzi, którzy rozmawiają, krzyczą, biegają i śmieją się. Wszystko nabiera nowych barw i ruchu.

Z kolei gdy za oknem robi się bardziej słonecznie, budynek biblioteki pustoszeje i pomieszczenia wypełnia klimat bliższy jesieni czy zimy. Wszystko zamiera, robi się cicho i spokojnie, czasem wręcz monotonnie.

Paradoksalnie, w bibliotece panuje klimat jesienno-zimowy gdy za oknem panuje wiosenno-letni i odwrotnie. Wygląda na to, że gdzieś te pory roku muszą się podziać gdy aktualnie nie panują w danym mieście.

Podsumowując, spędziłem dzisiaj w bibliotece sporo czasu – o wiele więcej niż planowałem. Plecak napełniłem książkami, które czekają teraz na dokładniejszy przegląd leżąc w rogu pokoju. Trochę żałuję, że tydzień wolnego już się kończy. Nie tylko dlatego, że kończy mi się wolne, ale też dlatego, że gdy będę szedł oddać te książki, klimat w bibliotece zapewne ulegnie zmianie. I kto wie czy będę mógł znów zanurzyć się w tym gęstym powietrzu tłumiącym rzeczywistość i wpatrywać się w strony różnorakich książek skąpanych w złotawo-błękitnym świetle Słońca i nieba.

Jak opisujesz książki, które posiadasz?

Książki o książkachNatknąłem się niedawno w Internecie na ciekawą dyskusję. Chodziło otóż o to, czy istotne jest, gdy mówimy o książkach, aby dodawać, oprócz tytułu i autora, jaka to książka:

  • miękka okładka
  • twarda okładka
  • okładka ze skrzydełkami
  • eBook

Przy czym w sprawie eBooka sprawy się komplikują jeszcze bardziej ponieważ można też rozróżnić w jakim formacie jest książka oraz na czym czytana (Kindle, iPad, itd.).

Jedna strona dyskusji twierdzi, że nieistotne jest jaką książkę posiadamy i nie trzeba tego wyszczególniać. Ich argumentem jest to, że książka to książka – liczą się słowa, a nie oprawa czy format. Muszę trochę racji tej stronie przyznać chociaż generalnie rzecz biorąc nie zgadzam się w całości.

Książka niekoniecznie jest tylko książką

Pisałem już o tym wcześniej – dla mnie czytanie książki to nie tylko pożeranie słów. To ogólne interakcje z książką – przekładanie stron, odczuwanie zapachu papieru, komfort trzymania w rękach…

Tak więc chociaż słowa są istotnie najważniejszym komponentem książki, nie są jedynym, który wpływa na ogólną jakość i radość z użytkowania. Przynajmniej dla mnie.

Czy uważam zatem, że powinno się rozróżniać jakie książki czytamy? Myślę, że tak chociaż tylko jeżeli ma to znaczenie w dyskusji – inaczej moglibyśmy zostać posądzeni o nieustanne chwalenie się tabletem gdybyśmy powtarzali za każdym razem na czym czytamy nasze książki.

A kiedy może mieć to znaczenie w dyskusji? Jeżeli rozmowa trzyma się wyłącznie treści zawartych w książce, ustalanie kto czytał jaką wersję jest raczej zbędne. Jednak gdy rozmowa zaczyna wybiegać poza samą treść książki, określenie tego aspektu może być istotne. Chociażby dlatego, powtarzam tutaj argument jednej ze stron z artykułu, że gdy polecimy komuś cytat z danej strony książki, numery stron mogą różnić się w różnych wydaniach – szczególnie w wersjach elektronicznych, gdzie na przykład w iPadzie dana strona może mieć różny numer, zależnie od tego czy trzymamy urządzenie w pionie czy w poziomie.

(zdjęcie wykonane przez jm3)

O noszeniu okularów

Moi znajomi na pewno doskonale pamiętają, że mam wadę wzroku (chociaż jakiś czas temu dowiedziałem się, że dwójka moich współlokatorów wspólnie zastanawiała się czy ja noszę okulary – a noszę je nieustannie od końca szkoły podstawowej). Noszenie okularów z pewnością wielu osobom przywodzi na myśl wiele niedogodności związanych z koniecznością nieustannego trzymania na nosie dwóch szkiełek oprawionych w kawałek plastiku.

Przyznać tutaj muszę, że noszenie okularów jest czasem udręką. Bez nich nie widzę zbyt wyraźnie (jestem krótkowidzem – moja wada to około minus dwa), a muszę je zdejmować do uprawiania większości sportów. Do tego muszę na nie uważać po zdjęciu – nie mogę ich po prostu rzucić gdzieś na ziemię (raz już zdeptałem własne okulary ;)).

Noszenie okularów ma jednak swoje zalety. Nie jest to jednak wpis gdzie zamierzam opisywać te oczywiste zalety. Dzięki okularom my, okularnicy, możemy z powrotem widzieć świat w ostrych konturach – czyli taki, jakim jest (a przynajmniej taki, jaki jego obraz przedstawia nam nasz mózg). Do tego odpowiednio dobrane okulary mogą być dodatkiem do ubrania, wyrażaniem swojego stylu. Nie wspominając już o tym, że mogą też być przydatnym akcesorium – tak zwane fotochromy, czyli szkła, które samoczynnie przyciemniają się w obecności promieni słonecznych, są dla mnie istnym wybawieniem ponieważ już od dawna nie muszę się przejmować czy mam przy sobie okulary przeciwsłoneczne.

Ale! Obiecywałem, że nie będę się rozpisywał na temat oczywistych zalet noszenia okularów ponieważ je mniej więcej każdy jest w stanie wymienić samodzielnie. Ja chciałbym opisać inną zaletę noszenia okularów, a raczej, nie-noszenia okularów. Innymi słowy – zalety posiadania wady wzroku.

Poproszę teraz wszystkich Czytelników, którzy noszą okulary o ich zdjęcie. Co widzicie? Można by powiedzieć, że po części inny świat – świat do którego tylko my mamy wstęp. Świat, który niby jednym słowem można opisać jako rozmazany jednak jest to często okrutna generalizacja.

Gadam głupoty? Nie sądzę. Otóż gdy ostatnio stałem wieczorem w miejscu z którego mogłem obserwować świetlistą panoramę pewnego miasta, byłem – jak zwykle – niezwykle zaintrygowany tą żywą grą świateł i światełek. Szybko przemijające światła samochodów przeplatające się z małymi punkcikami świateł latarnii ulicznych. Pojawiające się i znikające światła zapalane w domach, widziane przez kwadratowe okna. Nad wszystkim czuwający przelatujący nieopodal samolot, który dziurawi ciemne jak smoła niebo czerwonymi i białymi światełkami. Obraz jest niezwykle ostry i żywy.

I wtedy zdecydowałem się zdjąć na chwilę okulary. Moim oczom ukazał się świat zupełnie inny lub może ten sam, lecz jakby z innego wymiaru. To, co było żywe – takie pozostało. Ostre jednak zmieniło się na gładkie i łagodne. Każde światełko, nie ważne jakiego koloru oraz czy poruszające się czy nie – otoczone zostało delikatną mgiełką światła. Ruch stracił swoją ostrość, przez co zdawało się jakby zamierał i zwalniał, a mgiełka otaczająca każde źródło ruchomego światła rozmywała się jeszcze bardziej i zostawiała delikatną smugę zanikającego światła.

Jest to zupełnie inny świat, którego mogę doświadczyć jedynie dzięki skromnej wadzie mojego wzroku. Świat, który można zaprezentować poprzez wykonanie rozmazanego zdjęcia, ale to nie o rozmazanie tutaj chodzi. Tutaj chodzi o gładkość i ruch. I możliwość łatwego przechodzenia pomiędzy światami.

Okulary… Para soczewek wbudowanych w kawałek plastiku bądź metalu. Stworzone i noszone po to, aby korygować miejsce skupiania się światła w soczewce oka. Z racji ilości czasu jakie spędzamy przed urządzeniami elektronicznymi, coraz więcej ludzi musi udać się do optyka po odbiór tego naszyjnika na czoło. Nie powinno to być jednak postrzegane przez nikogo jako klątwa. To po prostu zaproszenie do nowego wymiaru naszego świata!

Konsumpcjonizm? Nie sądzę

Do napisania tych słów zainspirowała mnie ta piosenka Ayo.

Jak często słyszysz, że zbyt często ulegamy pokusom i kupujemy rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebujemy? Tego typu słowa padają prawie codziennie. Elektronika, gadżety, biżuteria, markowe ubrania… Słuchając tej piosenki zacząłem się nad tym zastanawiać – czy my naprawdę jesteśmy tacy źli ulegając tym pokusom?

Zaznaczę tutaj, że z generalnym przesłaniem piosenki się zgadzam, a utwory tej artystki bardzo lubię. Studia nauczyły mnie jednak, aby starać się podchodzić sceptycznie do wszystkiego co się słyszy, szczególnie jeżeli powtarza to wiele ludzi. A więc – czy naprawdę jesteśmy złymi istotami, którzy nie potrafią się opanować?

Nie mam żadnych danych, które przedstawiałyby ilość pieniędzy rocznie wydawanych na zakupy niekoniecznie nam do życia potrzebne, ale myślę, że dane są zbędne. Możemy zgadywać, że ta liczba jest ogromna i, że jest to dość prawdopodobne, aby ta liczba miała tendencję wzrostową.

Zastanawia mnie inny fakt. Interesuję się dość mocno psychologią i lubię przeczytać dobrą książkę na temat technik wpływania na ludzi czy mowy ciała. Czytając o tym wszystkim o wiele łatwiej zobaczyć w jaki sposób twórcy reklam starają się nas atakować. Każdy z nas chyba zna kogoś kto twierdzi, że „reklamy na niego nie działają”. Oczywiście, że działają i to mocniej niż sądzi – bo nie zdaje sobie nawet z tego sprawy.

Co ciekawe, znajomość tych technik jedynie w małym stopniu zwiększa odporność na nie. Najczęściej wygląda to tak, że jestem świadom, że sprzedawca próbuje wcisnąć mi coś, co nie jest mi tak naprawdę potrzebne, ale techniki, którymi się posłużył już dawno na mnie wpłynęły i nie jestem w stanie myśleć obiektywnie – oferta mimo wszystko wydaje mi się kusząca. Dzieje się tak ponieważ te techniki wpływają na nasze podstawowe odruchy, uniwersalne dla większości ludzi (nieznacznie różniące się między kulturami). Dlatego należy postawić pytanie – czy powinniśmy za coś złego uważać to, że ktoś ulega tak sprytnie obmyślanym trikom, które powodują, że jeszcze zanim świadomie zastanowimy się czy naprawdę potrzebujemy dokonać danego zakupu, podświadomie już ten przedmiot kupiliśmy? Mogę się założyć, że w czasach prehistorycznych nasi przodkowie też woleli nosić ze sobą ładniutką, nowiutką maczugę z dobrego drewna, niż, zwykłą, trochę zużytą.

Tak więc czy jesteśmy winni temu, że kupujemy tyle przedmiotów? Czy naprawdę jest to znak degradacji społeczeństwa i wartości przez nas wyznawanych? Ktoś może powiedzieć, że tak – tym trikom można się przeciwstawić, tym bardziej, że wystarczy przeczytać jedną książkę, aby mieć o nich jako takie pojęcie.

Zgadzam się. Tylko nie mówmy wtedy o erze konsumpcjonizmu bo uważam to za niesprawiedliwość. Nazywajmy rzeczy po imieniu – znajdujemy się w erze gdzie wiadomo o człowieku i sposobach jego zachowania tak dużo, że musimy przeciwstawiać się własnej naturze i codziennie toczyć walkę z wewnętrznym ja. Możemy to w skrócie nazywać erą konsumpcjonizmu, ale ważne by wiedzieć co się za tym słowem kryje.

Życie to loteria

Skończyłem właśnie oglądać film „Skazani na Shawshank”. Możecie się do mnie przyczepić, że obejrzałem go dopiero teraz pomimo iż jest to klasyka – nieważne. Jednak, jak każdy świetny film, skłonił mnie do przemyśleń. A o czym? Głównie o życiu. I naszej przyszłości.

Jestem teraz na trzecim roku studiów. Przede mną czas na rozwinięcie skrzydeł, znalezienie pracy, założenia rodziny. Długa droga do tego, ale już się na niej znalazłem. I zacząłem się zastanawiać – czy po to żyję? Po co w ogóle żyję?

Pytanie oklepane, wiem. I często zaczyna się w tym momencie dyskusja, że powinienem rzucić wszystko i wyruszyć w podróż życia, że potem będę żałował, że tak szybko rzuciłem się w korporacyjny wir pracy za biurkiem. Ale czy to pewne? Skąd mam pewność, że będę tego żałował? Może praca za biurkiem jest najlepszą rzeczą, która może mi się przytrafić w życiu? A może najgorszą?

Jestem pewien, że jest wiele osób, które za młodu wyruszyły w świat jedynie z małą teczuszką pod pachą, nie przejmując się żadnymi schematami, przyjętą drogą rozwoju. I większość z nich zapewne nigdy nie oglądała się za siebie. Ale jest też pewnie część, która pożałowała. Pożałowała wybranej przez siebie drogi. Która wolałaby zostać za biurkiem, pod krawatem. Której zabrakło spokojnego, zorganizowanego życia.

Nie twierdzę tutaj, że życie według generalnie przyjętych schematów – studia, praca, kariera, rodzina – jest lepsze od życia wbrew systemowi, przeżywania przygody. Twierdzę jednak, że tak naprawdę bardzo długo nie wiemy co chcemy robić w życiu. A konkretnie – nie dowiadujemy się tego aż do ostatnich lat życia.

Człowiek dorasta przez cały czas. Tak jak osiemnaste urodziny nie oznaczają, że jesteśmy dorośli, tak i czterdzieste nic nie znaczą. To tylko numerek, średnia wieku biologicznego wyciągnięta ze wszystkich organów Twojego ciała. Mózg dorasta o wiele wolniej. I dlatego właśnie tak późno się dowiadujemy co chcemy w życiu robić.

Jak myślisz – dlaczego dzisiaj mówi się tak często o kompletnym przebranżawianiu? Zmiany zawodu z księgowego na sportowca? Informatyka na specjalistę od wizerunku? Ponieważ dorastamy przez całe życie. Ponieważ bardzo długo zajmuje nam upewnienie się co chcemy w życiu robić.

Tak mi się przynajmniej wydaje. Jestem młody, a więc wiem o życiu mało. Wydaje mi się jednak, że jako młodzi ludzie – mam tutaj na myśli wiek przed-starczy – ciągle próbujemy odgadnąć jakie życie prowadzić, co w nim robić. I dopiero pod koniec, kiedy ogarniamy wzrokiem i wspomnieniem całe nasze życie, stwierdzamy czy robiliśmy to, na co mieliśmy ochotę. I nie ważne czy siedzieliśmy za biurkiem czy zwiedzaliśmy świat – dopiero na stare lata ocenisz czy to, co robiłeś, było tym, o czym zawsze marzyłeś. To nie jest sprawiedliwe, ale tak jest. Musisz zgadywać i podjąć ryzyko.

Bo życie to loteria. I dopiero przed końcem dowiesz się czy wygrałeś.

Uliczna wioska

Na jakiej ulicy mieszkasz? Gdy odpowiesz sobie na to pytanie, podejdź do okna i rozejrzyj się. Co widzisz? Zapewne masę domów i ulic, prawda?

Mówi się, że dzisiejszy świat jest globalną wioską. Bo, podobnie jak w małej wiosce, praktycznie każdy każdego zna, a i o najważniejszych wiadomościach z drugiego końca wioski dowiadujemy się niezwykle szybko.

Zastanawiałem się dlaczego dzisiejszy świat jest tak mocno opanowany przez ulice. Pomyśl o tym – całe nasze życie opiera się na ulicach. To przy nich mieszkamy, to po nich się poruszamy. W mieście najważniejszym miejscem jest ulica. Mnóstwo ulic.

Czy nasz rozwój mógł potoczyć się inaczej? Jest to gdybanie typu amatorskiego rozmyślania nad czwartym wymiarem – ciężko komukolwiek to sobie wyobrazić – ale warto spróbować. Czy już wiesz o co mi chodzi?

Ulice. Dlaczego świat rozwinął się w taki sposób, że to właśnie one dyktują gdzie się znajdujemy? Oczywiście odpowiedzi nasuwają się same – ulice ułatwiają lokalizację. O wiele łatwiej mnie znajdziesz jeżeli Ci powiem, że czekam przy ulicy Chrzanowej niż jeżeli powiem, że będę czekał na wschodzie miasta.

Ale to i tak nie daje mi spokoju. Zdumiewa mnie, że nie mogę wyobrazić sobie innego życia. Życia, gdzie ulice wcale nie dominowałyby w naszym życiu. Jestem tak do nich przyzwyczajony, że nie wyobrażam sobie życia bez nich. A na pewno obecne rozwiązanie nie jest jedynym. Ciekawie byłoby je znaleźć.

A co Ty o tym myślisz?