Archiwa

O noszeniu okularów

Moi znajomi na pewno doskonale pamiętają, że mam wadę wzroku (chociaż jakiś czas temu dowiedziałem się, że dwójka moich współlokatorów wspólnie zastanawiała się czy ja noszę okulary – a noszę je nieustannie od końca szkoły podstawowej). Noszenie okularów z pewnością wielu osobom przywodzi na myśl wiele niedogodności związanych z koniecznością nieustannego trzymania na nosie dwóch szkiełek oprawionych w kawałek plastiku.

Przyznać tutaj muszę, że noszenie okularów jest czasem udręką. Bez nich nie widzę zbyt wyraźnie (jestem krótkowidzem – moja wada to około minus dwa), a muszę je zdejmować do uprawiania większości sportów. Do tego muszę na nie uważać po zdjęciu – nie mogę ich po prostu rzucić gdzieś na ziemię (raz już zdeptałem własne okulary ;)).

Noszenie okularów ma jednak swoje zalety. Nie jest to jednak wpis gdzie zamierzam opisywać te oczywiste zalety. Dzięki okularom my, okularnicy, możemy z powrotem widzieć świat w ostrych konturach – czyli taki, jakim jest (a przynajmniej taki, jaki jego obraz przedstawia nam nasz mózg). Do tego odpowiednio dobrane okulary mogą być dodatkiem do ubrania, wyrażaniem swojego stylu. Nie wspominając już o tym, że mogą też być przydatnym akcesorium – tak zwane fotochromy, czyli szkła, które samoczynnie przyciemniają się w obecności promieni słonecznych, są dla mnie istnym wybawieniem ponieważ już od dawna nie muszę się przejmować czy mam przy sobie okulary przeciwsłoneczne.

Ale! Obiecywałem, że nie będę się rozpisywał na temat oczywistych zalet noszenia okularów ponieważ je mniej więcej każdy jest w stanie wymienić samodzielnie. Ja chciałbym opisać inną zaletę noszenia okularów, a raczej, nie-noszenia okularów. Innymi słowy – zalety posiadania wady wzroku.

Poproszę teraz wszystkich Czytelników, którzy noszą okulary o ich zdjęcie. Co widzicie? Można by powiedzieć, że po części inny świat – świat do którego tylko my mamy wstęp. Świat, który niby jednym słowem można opisać jako rozmazany jednak jest to często okrutna generalizacja.

Gadam głupoty? Nie sądzę. Otóż gdy ostatnio stałem wieczorem w miejscu z którego mogłem obserwować świetlistą panoramę pewnego miasta, byłem – jak zwykle – niezwykle zaintrygowany tą żywą grą świateł i światełek. Szybko przemijające światła samochodów przeplatające się z małymi punkcikami świateł latarnii ulicznych. Pojawiające się i znikające światła zapalane w domach, widziane przez kwadratowe okna. Nad wszystkim czuwający przelatujący nieopodal samolot, który dziurawi ciemne jak smoła niebo czerwonymi i białymi światełkami. Obraz jest niezwykle ostry i żywy.

I wtedy zdecydowałem się zdjąć na chwilę okulary. Moim oczom ukazał się świat zupełnie inny lub może ten sam, lecz jakby z innego wymiaru. To, co było żywe – takie pozostało. Ostre jednak zmieniło się na gładkie i łagodne. Każde światełko, nie ważne jakiego koloru oraz czy poruszające się czy nie – otoczone zostało delikatną mgiełką światła. Ruch stracił swoją ostrość, przez co zdawało się jakby zamierał i zwalniał, a mgiełka otaczająca każde źródło ruchomego światła rozmywała się jeszcze bardziej i zostawiała delikatną smugę zanikającego światła.

Jest to zupełnie inny świat, którego mogę doświadczyć jedynie dzięki skromnej wadzie mojego wzroku. Świat, który można zaprezentować poprzez wykonanie rozmazanego zdjęcia, ale to nie o rozmazanie tutaj chodzi. Tutaj chodzi o gładkość i ruch. I możliwość łatwego przechodzenia pomiędzy światami.

Okulary… Para soczewek wbudowanych w kawałek plastiku bądź metalu. Stworzone i noszone po to, aby korygować miejsce skupiania się światła w soczewce oka. Z racji ilości czasu jakie spędzamy przed urządzeniami elektronicznymi, coraz więcej ludzi musi udać się do optyka po odbiór tego naszyjnika na czoło. Nie powinno to być jednak postrzegane przez nikogo jako klątwa. To po prostu zaproszenie do nowego wymiaru naszego świata!

Konsumpcjonizm? Nie sądzę

Do napisania tych słów zainspirowała mnie ta piosenka Ayo.

Jak często słyszysz, że zbyt często ulegamy pokusom i kupujemy rzeczy, których tak naprawdę nie potrzebujemy? Tego typu słowa padają prawie codziennie. Elektronika, gadżety, biżuteria, markowe ubrania… Słuchając tej piosenki zacząłem się nad tym zastanawiać – czy my naprawdę jesteśmy tacy źli ulegając tym pokusom?

Zaznaczę tutaj, że z generalnym przesłaniem piosenki się zgadzam, a utwory tej artystki bardzo lubię. Studia nauczyły mnie jednak, aby starać się podchodzić sceptycznie do wszystkiego co się słyszy, szczególnie jeżeli powtarza to wiele ludzi. A więc – czy naprawdę jesteśmy złymi istotami, którzy nie potrafią się opanować?

Nie mam żadnych danych, które przedstawiałyby ilość pieniędzy rocznie wydawanych na zakupy niekoniecznie nam do życia potrzebne, ale myślę, że dane są zbędne. Możemy zgadywać, że ta liczba jest ogromna i, że jest to dość prawdopodobne, aby ta liczba miała tendencję wzrostową.

Zastanawia mnie inny fakt. Interesuję się dość mocno psychologią i lubię przeczytać dobrą książkę na temat technik wpływania na ludzi czy mowy ciała. Czytając o tym wszystkim o wiele łatwiej zobaczyć w jaki sposób twórcy reklam starają się nas atakować. Każdy z nas chyba zna kogoś kto twierdzi, że “reklamy na niego nie działają”. Oczywiście, że działają i to mocniej niż sądzi – bo nie zdaje sobie nawet z tego sprawy.

Co ciekawe, znajomość tych technik jedynie w małym stopniu zwiększa odporność na nie. Najczęściej wygląda to tak, że jestem świadom, że sprzedawca próbuje wcisnąć mi coś, co nie jest mi tak naprawdę potrzebne, ale techniki, którymi się posłużył już dawno na mnie wpłynęły i nie jestem w stanie myśleć obiektywnie – oferta mimo wszystko wydaje mi się kusząca. Dzieje się tak ponieważ te techniki wpływają na nasze podstawowe odruchy, uniwersalne dla większości ludzi (nieznacznie różniące się między kulturami). Dlatego należy postawić pytanie – czy powinniśmy za coś złego uważać to, że ktoś ulega tak sprytnie obmyślanym trikom, które powodują, że jeszcze zanim świadomie zastanowimy się czy naprawdę potrzebujemy dokonać danego zakupu, podświadomie już ten przedmiot kupiliśmy? Mogę się założyć, że w czasach prehistorycznych nasi przodkowie też woleli nosić ze sobą ładniutką, nowiutką maczugę z dobrego drewna, niż, zwykłą, trochę zużytą.

Tak więc czy jesteśmy winni temu, że kupujemy tyle przedmiotów? Czy naprawdę jest to znak degradacji społeczeństwa i wartości przez nas wyznawanych? Ktoś może powiedzieć, że tak – tym trikom można się przeciwstawić, tym bardziej, że wystarczy przeczytać jedną książkę, aby mieć o nich jako takie pojęcie.

Zgadzam się. Tylko nie mówmy wtedy o erze konsumpcjonizmu bo uważam to za niesprawiedliwość. Nazywajmy rzeczy po imieniu – znajdujemy się w erze gdzie wiadomo o człowieku i sposobach jego zachowania tak dużo, że musimy przeciwstawiać się własnej naturze i codziennie toczyć walkę z wewnętrznym ja. Możemy to w skrócie nazywać erą konsumpcjonizmu, ale ważne by wiedzieć co się za tym słowem kryje.

Życie to loteria

Skończyłem właśnie oglądać film “Skazani na Shawshank”. Możecie się do mnie przyczepić, że obejrzałem go dopiero teraz pomimo iż jest to klasyka – nieważne. Jednak, jak każdy świetny film, skłonił mnie do przemyśleń. A o czym? Głównie o życiu. I naszej przyszłości.

Jestem teraz na trzecim roku studiów. Przede mną czas na rozwinięcie skrzydeł, znalezienie pracy, założenia rodziny. Długa droga do tego, ale już się na niej znalazłem. I zacząłem się zastanawiać – czy po to żyję? Po co w ogóle żyję?

Pytanie oklepane, wiem. I często zaczyna się w tym momencie dyskusja, że powinienem rzucić wszystko i wyruszyć w podróż życia, że potem będę żałował, że tak szybko rzuciłem się w korporacyjny wir pracy za biurkiem. Ale czy to pewne? Skąd mam pewność, że będę tego żałował? Może praca za biurkiem jest najlepszą rzeczą, która może mi się przytrafić w życiu? A może najgorszą?

Jestem pewien, że jest wiele osób, które za młodu wyruszyły w świat jedynie z małą teczuszką pod pachą, nie przejmując się żadnymi schematami, przyjętą drogą rozwoju. I większość z nich zapewne nigdy nie oglądała się za siebie. Ale jest też pewnie część, która pożałowała. Pożałowała wybranej przez siebie drogi. Która wolałaby zostać za biurkiem, pod krawatem. Której zabrakło spokojnego, zorganizowanego życia.

Nie twierdzę tutaj, że życie według generalnie przyjętych schematów – studia, praca, kariera, rodzina – jest lepsze od życia wbrew systemowi, przeżywania przygody. Twierdzę jednak, że tak naprawdę bardzo długo nie wiemy co chcemy robić w życiu. A konkretnie – nie dowiadujemy się tego aż do ostatnich lat życia.

Człowiek dorasta przez cały czas. Tak jak osiemnaste urodziny nie oznaczają, że jesteśmy dorośli, tak i czterdzieste nic nie znaczą. To tylko numerek, średnia wieku biologicznego wyciągnięta ze wszystkich organów Twojego ciała. Mózg dorasta o wiele wolniej. I dlatego właśnie tak późno się dowiadujemy co chcemy w życiu robić.

Jak myślisz – dlaczego dzisiaj mówi się tak często o kompletnym przebranżawianiu? Zmiany zawodu z księgowego na sportowca? Informatyka na specjalistę od wizerunku? Ponieważ dorastamy przez całe życie. Ponieważ bardzo długo zajmuje nam upewnienie się co chcemy w życiu robić.

Tak mi się przynajmniej wydaje. Jestem młody, a więc wiem o życiu mało. Wydaje mi się jednak, że jako młodzi ludzie – mam tutaj na myśli wiek przed-starczy – ciągle próbujemy odgadnąć jakie życie prowadzić, co w nim robić. I dopiero pod koniec, kiedy ogarniamy wzrokiem i wspomnieniem całe nasze życie, stwierdzamy czy robiliśmy to, na co mieliśmy ochotę. I nie ważne czy siedzieliśmy za biurkiem czy zwiedzaliśmy świat – dopiero na stare lata ocenisz czy to, co robiłeś, było tym, o czym zawsze marzyłeś. To nie jest sprawiedliwe, ale tak jest. Musisz zgadywać i podjąć ryzyko.

Bo życie to loteria. I dopiero przed końcem dowiesz się czy wygrałeś.

Uliczna wioska

Na jakiej ulicy mieszkasz? Gdy odpowiesz sobie na to pytanie, podejdź do okna i rozejrzyj się. Co widzisz? Zapewne masę domów i ulic, prawda?

Mówi się, że dzisiejszy świat jest globalną wioską. Bo, podobnie jak w małej wiosce, praktycznie każdy każdego zna, a i o najważniejszych wiadomościach z drugiego końca wioski dowiadujemy się niezwykle szybko.

Zastanawiałem się dlaczego dzisiejszy świat jest tak mocno opanowany przez ulice. Pomyśl o tym – całe nasze życie opiera się na ulicach. To przy nich mieszkamy, to po nich się poruszamy. W mieście najważniejszym miejscem jest ulica. Mnóstwo ulic.

Czy nasz rozwój mógł potoczyć się inaczej? Jest to gdybanie typu amatorskiego rozmyślania nad czwartym wymiarem – ciężko komukolwiek to sobie wyobrazić – ale warto spróbować. Czy już wiesz o co mi chodzi?

Ulice. Dlaczego świat rozwinął się w taki sposób, że to właśnie one dyktują gdzie się znajdujemy? Oczywiście odpowiedzi nasuwają się same – ulice ułatwiają lokalizację. O wiele łatwiej mnie znajdziesz jeżeli Ci powiem, że czekam przy ulicy Chrzanowej niż jeżeli powiem, że będę czekał na wschodzie miasta.

Ale to i tak nie daje mi spokoju. Zdumiewa mnie, że nie mogę wyobrazić sobie innego życia. Życia, gdzie ulice wcale nie dominowałyby w naszym życiu. Jestem tak do nich przyzwyczajony, że nie wyobrażam sobie życia bez nich. A na pewno obecne rozwiązanie nie jest jedynym. Ciekawie byłoby je znaleźć.

A co Ty o tym myślisz?

Marzenia

Marzenia to takie malutkie istoty błąkające się gdzieś po Wszechświecie, czekające aż ktoś o czymś zamarzy.

Marzenia nie są w stanie spełnić się same – potrzebują ludzi. A mimo to wierzą w swoje spełnienie. Jakim więc prawem człowiek, istota, która ma dar spełniania marzeń, może nie wierzyć w to spełnienie?


Fragment pisanej kiedyś przeze mnie książki. Mam straszny sentyment do tego cytatu. Książka – niestety, jak wiele innych – zakończyła się na kilku rozdziałach.

Można powiedzieć, że jednym z moich marzeń jest napisanie książki. Podobno każdy mężczyzna powinien zbudować dom, spłodzić syna i posadzić drzewo. Ja do tej listy dodaję jeszcze napisanie książki. Na razie mi to nie wychodzi – mam zbyt dużo pomysłów, których nie potrafię przefiltrować. Chciałbym napisać książkę o wszystkim, a to nigdy nie działa.

Ale będę cierpliwy. W końcu mi się uda.

Aktualizacja:

Ciekawa animacja w temacie marzeń.

Gazety

Czy pamiętasz jak kiedyś, wraz z popularyzacją komputerów, obawiano się, że wyprą one gazety i książki? Podobne obawy zresztą były jeżeli chodzi o kino i telewizję, radio i telewizję i tak dalej… A jednak z tego co widać wszystkie te media mają się dziś dobrze. Zacząłem się nad tym zastanawiać gdy ostatnio przeglądałem najnowsze wiadomości z komórki.

Gazety. Prasa. Kiedyś jedno z nielicznych mediów, które pozwalało dowiedzieć się co ciekawego działo się na świecie. Dzisiaj świat ruszył do przodu i nie jest to już jedyny sposób pozyskiwania informacji. Rozwój technologii pozwolił na to, że wystarczy wyjąć z kieszeni małe urządzenie, które zwykle służy do dzwonienia, wpisać w odpowiednie okno odpowiedni adres i wcisnąć przycisk. Tak oto wszystkie najświeższe informacje ze świata mieszczą się nam w dłoni.

Czasem jednak mamy ochotę przeczytać jakaś informację bądź czyiś komentarz do danego zdarzenia w jednej gazecie. Ta zachcianka może mieć wiele powodów: lubimy daną gazetę, cenimy jej obiektywność czy też po prostu podoba nam się styl pisania danego dziennikarza. Nie chcemy jednak iść do sklepu i kupować papierowego wydania gazety. Tutaj również możemy mieć ku temu kilka powodów: w pobliżu nie ma sklepu z gazetami, nie chce się nam jej nosić czy też staramy się dbać o środowisko. Wyciągamy zatem ponownie nasze małe urządzonko i sprawdzamy czy jest możliwość przeczytania najnowszego wydania naszej gazety w trybie on-line. Czy może można kupić wydanie w formacie PDF, a może istnieje aplikacja przez którą możemy subskrybować daną gazetę. Niestety w większości przypadków się rozczarujemy. Wiele gazet nadal wydaje jedynie w tradycyjnej wersji – papierowej.

W tym momencie można wzruszyć ramionami i ruszyć w stronę najbliższego sklepu z gazetami lub zastanowić się dlaczego tak jest. Dlaczego część wydawców tak zawzięcie broni się przed nowoczesnością, przed wydawaniem swoich gazet w trybie bardziej ogólnodostępnym.

Można tutaj dyskutować, że gazety chcą podtrzymywać tradycję. Gazeta to gazeta – powinna być na papierze i już. I ja to rozumiem. Wcale nie każę nikomu zaprzestawania wydawania papierowej wersji. Sądzę jednak, że powinno się dawać ludziom wybór. Są ludzie, którzy wprost uwielbiają szelest papieru podczas przewracania stron oraz to dziwne uczucie gdy tusz brudzi opuszki palców. Są jednak też ludzie, którzy z różnych powodów – po części tych wymienionych wcześniej – nie chcą takiej wersji i wolą elektroniczną. Wersja elektroniczna jest jak woda – sama nie posiada kształtu, to naczynie w którym się znajduje narzuca jej kształt. E-gazety również same nie mają kształtu – to my wybieramy naczynie, czy to komórka, tablet czy laptop, z którego konsumujemy treść.

Aż ciśnie się na usta pytanie co sprzedają wydawcy gazet. Zapisany papier czy treść? Bo jakby nie patrzeć to wydawcy, którzy tak zaciekle bronią się przed nowoczesnością wydają się sprzedawać sam papier z dodatkiem tuszu. Dla nich najważniejsza jest forma, treść najwidoczniej schodzi na dalszy plan. Tutaj możemy pytanie zadać samym sobie – czy chcemy czytać gazetę, która ją wydaje nie dlatego, że ma coś do przekazania, ale po prostu dlatego, że chce zużyć trochę papieru?

Po drugiej stronie barykady mamy wydawców, którzy wkroczyli w nowoczesność i e-wydania, nawet tych, którzy zrobili to tylko jedną stopą. To, że próbują wykorzystać możliwości elektronicznych wydań pokazuje, że dla nich liczy się treść, podczas gdy forma jest mniej ważna. Oni piszą bo mają coś do przekazania – i nie obchodzi ich w jaki sposób to przeczytasz. Oni chcą do Ciebie dotrzeć, zmienić Twój światopogląd. I szukają coraz to nowszych sposobów dotarcia do Ciebie. Czy nie lepiej czytać taką gazetę?

Wspomniałem o wykorzystywaniu możliwości elektronicznych wydań. Bo tutaj nie chodzi wyłącznie o wygodę i zwiększoną mobilność czytania gazety. E-wydania oferują o wiele więcej możliwości: artykuł może na przykład zawierać nie tylko tekst, ale również animacje, wideo bądź audio. Odwoływanie się do źródeł znajdujących się w Internecie jest o wiele prostsze – wystarczy dodać odpowiedni link. A propos linków – spis treści nie musi być nudną listą – w nią również można tchnąć życie sprawiając, że po kliknięciu na dany nagłówek jesteśmy natychmiast przenoszeni do danego artykułu. Mniej szukania, a więcej czytania.

Technologia bardzo szybko postępuje do przodu. Nie ma już chyba szansy z nią wygrać, pozostaje więc jedynie ją zaadoptować na odpowiednich warunkach. Część gazet, czasem bardzo dobrych gazet, niestety chowa się przed nowoczesnością za stworzonymi przez siebie papierowymi murami i za nic nie chce sprawdzić co dobrego może przynieść bardziej elektroniczne jutro. Powtarzam tutaj, że wcale nie uważam, że gazety powinny przestać wydawać papierową wersję ponieważ to może mieć dla niektórych bardzo duże znaczenie (wystarczy spojrzeć w jaki sposób ja czytam książki), ale warto dać czytelnikom wybór. Ponieważ chowanie się za coraz to nowszymi murami z papieru sugeruje, że gazeta bardziej każe nam sobie płacić za formę, a nie treść…

Chwile

Przekopując się ostatnio przez moje niezliczone notatniki, natrafiłem na coś takiego:

Dlaczego chwile muszą przemijać?

Sekundy są jak ławica malutkich rybek odpływających od malutkiej wysepki Teraźniejszość do ogromnego kontynentu Wspomnienia.

Dlaczego na trasie tych rybek nie ma kutrów rybackich? Ze starymi i sędziwymi rybakami na pokładzie, którzy nadwyrężając i tak już wysłużone grzbiety schylają się by zarzucić sieć zatrzymującą upływające sekundy.

Chciałbym, aby ta chwila trwała. Aby ci rybacy istnieli i zatrzymywali upływający, odpływający czas.

Nie pamiętam kiedy to napisałem ani wspomnienie której to chwili zainspirowało mnie do napisania tego, ale musiała być to zapewne chwila bardzo miła.

Bo jakby się zastanowić to każda chwila, każdy ułamek sekundy jest bezpowrotnie tracony. Pozostaje co prawda mdłe wspomnienie chwili jednak obraz tego wspomnienia jest niewyraźny, tak jak ruch małej rybki, która płynie przed nami pod wodą. Im jest dalej, tym woda bardziej załamuje obraz. Podobnie jest ze wspomnieniami.

Jednak może na tym polega ich piękno oraz czar? Są niezwykle ulotne i delikatne, zupełnie jak samotnie dryfujący na wietrze liść drzewa. To nie jego wina, że poddaje się siłom natury – tak został stworzony. I dzięki temu jest wyjątkowy. Bo, pomyśl teraz przez chwilę – co bardziej przykuwa Twoją uwagę? Ogromna korona drzewa pokryta niezliczonymi liśćmi czy ten jeden, mały listek, który stara się oprzeć sile wiatru przelatując obok Ciebie?

Czy można zatem powiedzieć, że wspomnienia, ulotne chwile, są źle skonstruowane? Myślę, że nie. Myślę, że to kolejne potwierdzenie ich piękna. Bo chociaż ta mała, płochliwa rybka zwana chwilą, ucieka od Ciebie, przebijając się przez podwodne nurty, to nic nie stoi na przeszkodzie, abyś wyruszył za nią w pogoń. Na początku będzie ciężko ponieważ woda – rzeczywistość Cię otaczająca będzie Cię powstrzymywać. Jednak jeżeli zanurzysz się w nią, zanurkujesz do tej wody, będzie Ci o wiele łatwiej. I nic nie będzie Ci mącić zjawiskowego widoku Twoich wspomnień. Tafla wody nie będzie już zakłócać obrazu ryb. Będziesz mógł je dogonić i dryfować razem z nimi. Pozwolić ponieść się sile, która tak natarczywie działa na chwile. Powrócić do przeszłości, zwiedzając ogromny kontynent.

Usiądź więc dziś wieczorem wygodnie w fotelu, zaparz sobie swojej ulubionej herbaty, zamknij oczy i rzuć się w pogoń za tą rybką. Odważ się zanurkować. Przekroczyć taflę rzeczywistości.

Książka

Wyobraź sobie książkę. Starą, delikatnie pogiętą książkę z paroma plamami na stronie tytułowej. Wyobraź sobie jak bierzesz ją w dłonie i powoli, powolutku unosisz znad blatu stołu. Lewą dłonią trzymasz grzbiet, pozwalając by przeciwległa część ze stronami rozwinęła się niczym wachlarz. Wnętrzem prawej dłoni bez pośpiechu gładzisz tą papierową tęczę, uśmiechając się do po trosze łaskoczącego, a zarazem gładkiego i chłodnego uczucia. Następnie otwierasz książkę – w powietrze wzbija się zapach wiekowego papieru. Wdychasz je łapczywie ponieważ wiesz, że po chwili zniknie. Przewracasz cichutko szeleszczące kartki, czując pod palcami miniaturowe włoski i specyficzną teksturę papieru. Następnie zagłębiasz się w lekturze i całkowicie zapominasz o otaczającym Cię świecie.

Książki i eKsiążki

Czy jestem jedyną osobą, która traktuje książki jako pewien rodzaj skarbu? Być może trudno w to uwierzyć, ale jeżeli w moje ręce dostanie się jakiś piękny okaz książki, to często odprawiam przedstawiony wyżej rytuał. Książki mają w sobie coś niesamowitego i przyciągającego. Coś magicznego.

Pisanie książki jest procesem niezwykle prywatnym. Nie ważne czy jest to praca zbiorowa czy nie. Akademicka czy fikcyjna. To, co zostanie napisane na papierze ma wielką moc. I, co ciekawe, częściej jest chyba uznawane za trwalsze niż to, co jest zapisane na komputerze, chociaż o wiele łatwiej stworzyć kopię zapasową danych z komputera niż z książki.

Czytając książkę odkrywasz emocje, których doświadczał autor podczas przeżywania i pisania opisywanych historii. Utożsamiasz się z nim. To jest tak jakbyś czytał wiersz – Ty i autor stajecie się jednym. Jednak wiersze, ponieważ zazwyczaj są stosunkowo krótkie, czyta się szybciej, a kontempluje dłużej. Z książkami jest inaczej – treść jest dłuższa, wciąga Cię i nie pozwala uciec. A nawet jeżeli uda Ci się na chwilkę czmychnąć, zaraz dopadną Cię przemyślenia i będziesz musiał jeszcze przeczytany materiał przetrawić.

Przebywając ostatnio sporo w stolicy, a zwłaszcza w komunikacji miejskiej, trudno było nie zauważyć ilości osób czytających – zarówno tradycyjne książki, jak i książki elektroniczne popularnie nazywane eBookami. Popularność obu mediów – a raczej coraz większa popularność jednego z nich – wyzwala dyskusje. Czy czytanie książek na tablecie to to samo co czytanie tradycyjnej książki? Co lepiej czytać? Co wygodniej? Co jest lepsze dla środowiska?

Myślę, że większość zależy od prywatnych preferencji. Nawet wspomniana kwestia środowiska. Istnieje przecież możliwość, że Twój tablet pobiera ogromne ilości energii, podczas gdy moja książka jest drukowana z papieru, który został uzyskany z recyklingu. Osobiście uważam, że tradycyjna książka jest o wiele lepsza. Sądzę tak, ponieważ książka dla mnie nie jest jedynie treścią. Mówi się, że nie należy oceniać książki po okładce. To prawda, ale tylko po części. Ja lubię podziwiać piękne dzieło artysty w postaci przykuwającej oko okładki. Podobno nie powinno się również oceniać książki po ilości stron, ale ja wolę grubsze książki. Lepiej mieszczą się w dłoni i starczają na dłużej.

A eBooki? Część z nich zawiera treść opakowaną w piękny wygląd i dużą liczbę udogodnień (na przykład iPad). A inna część zawiera praktycznie jedynie treść książki, opakowaną w elegancką prostotę (na przykład Kindle). Ani to ani to mnie nie pociąga. Pierwsze potrafi rozpraszać dostępnymi funkcjami, a drugie jest zbyt proste – zabiera to, co w książce jest piękne, dając mało w zamian. Zaletą tabletów jest to, że mogę wziąć ze sobą wiele książek na raz, nie zwiększając wagi plecaka. Ale ja i tak zwykle czytam tylko jedną książkę na raz ponieważ chcę maksymalnie zapuścić się w jej fabułę i klimat. Druga książka tylko mieszałaby mi w głowie.

A poza tym wykonanie mojego rytuału na tablecie byłoby dość mocno utrudnione, jeżeli nie niemożliwe. Tak więc wybaczcie drzewka.

Gusta i guściki

Kontynuując temat preferencji – jak bardzo mogą one wpłynąć na wybór książki?

Cóż, myślę że, przynajmniej w moim przypadku, treść książki jest najważniejsza i to ona wpływa na wybór, który stosik sklejonego papieru zaniosę do kasjerki w sklepie. Ale mam też swoje preferencje, oj mam.

Miękka okładka. Tylko i wyłącznie. Strasznie nie lubię twardych okładek. Książka jest wtedy mniej elastyczna i narzuca mi w jaki sposób mam ją czytać. Przeszkadza mi też w moim rytuale. A poza tym zwiększa cenę książki i nakład zużytego papieru.

Kolor papieru. Tylko nie biały. Wierzcie mi lub nie, ale biały nie jest chyba do końca naturalnym kolorem książek. Nie mam żadnych źródeł na poparcie tej tezy, ale dla mnie papier powinien być bardzo delikatnie zżółknięty. Biały kolor papieru męczy oczy i rozprasza. W pewnym sensie oddziela Cię od treści. I również, z tego co pamiętam, nieznacznie zwiększa koszty produkcji książki.

Ilość tomów. Preferuję dłuższe książki, a więc, jeżeli to możliwe i praktyczne, wybieram książki jednotomowe, a nie zbiór tomów. Powieść Władca Pierścieni czytałem w postaci książki, która idealnie pasowała do moich preferencji. Ogromne, tysiąc-stronicowe tomiszcze, opatrzone miękką okładką, napisane starannie dobraną czcionką na wyblakłym papierze. Rozkosz. Czysta rozkosz czytania.

Książka na własność. Nie lubię czytać pożyczonych książek. Książka powinna być moja i już. O powodach tego zboczenia poniżej.

Łzy, pot i emocje

Pisałem już, że autor pisząc książkę, chcąc nie chcąc, przelewa swoje emocje na papier. Jednak nie należy zapominać, że my, czytelnicy, czytając taką książkę, też stajemy się jej współautorami! Trzymając książkę w dłoniach i zaczytując się w treściach spisanych na jej stronicach, odczuwamy emocje, które są przenoszone na papier. Bo każda książka zawiera emocje, które autor przeżywał podczas pisania, i które my przeżywaliśmy podczas czytania. Dlatego nie przepadam za czytaniem pożyczanych książek – przeszkadza mi świadomość, że przy tej książce, przy tym konkretnym egzemplarzu ktoś – nie ważne kto – odczuwał już emocje, już je przelał na papier. Nie ma tam już miejsca na moje odczucia.

Nie tylko pisanie książek jest procesem niezwykle prywatnym. Nie mniej prywatne jest czytanie ich.

Niedopowiedziana historia

Wspomniałem już, że unikam czytania więcej niż jednej książki na raz, aby nie mieszać sobie w głowie. Nie dotyczy to wyłącznie książek z fabułą – pozycje akademickie czy popularno-naukowe, które czytam dla przyjemności również mają swój logiczny układ treści, który może zostać zaburzony przez inną książkę.

Czasem zdarza się też, że stwierdzam iż książka, którą czytam, nie jest warta czytania. Często następuje to jednak dopiero po przeczytaniu mniej więcej jednej czwartej książki. I wtedy następuje dylemat: czy porzucić książkę niedoczytaną czy też przemęczyć się i doczytać do końca?

Jestem niezmiernie ciekaw czy Ty również masz takie dylematy czy też dla Ciebie wybór jest oczywisty (wypowiedz się w komentarzach!). U mnie wygląda to zazwyczaj tak, że w końcu porzucam książkę, chociaż robię to z wielką niechęcią i po stosunkowo długiej walce z samym sobą. Najbardziej pamiętam jeden przypadek książki Terry’ego Pratchett’a. Generalnie lubię jego książki, ale akurat ta jedna nudziła mnie niemiłosiernie.

Pamiętam, że po kilku wieczorach nieczytania jej zauważyłem, że nie otworzyłem tej książki od kilku dni. Oczywiście zmusiłem się do dalszego czytania jednak jakoś nie mogłem całkowicie się oddać czytaniu, bardzo szybko rzeczywistość dookoła mnie wyrywała mnie ze świata Dysku przedstawianego w książkach Pratchetta. Przez kilka kolejnych wieczorów starałem się do książki wracać i wracać jednak było coraz ciężej. I w końcu, po ciężkim boju i z ciężkim sercem, wyjąłem zakładkę z książki i ustawiłem ją na półkę, obok reszty powieści tego autora. Przez jakiś czas jeszcze mój wzrok opadał na okładkę tej książki jednak nie zdecydowałem się już po nią sięgać.

Dlaczego tak ciężko mi przestać czytać książkę w połowie? Domyślam się, że dla niektórych osób rzeczywiście może być to niezrozumiałe. Otóż, jak pisałem wcześniej, każda książka ma swoją fabułę – bądź logiczny ciąg faktów i definicji – którą łatwo zaburzyć, a gdy zostanie zaburzona, trzeba sobie przypominać o co chodziło na poprzedniej stronie gdy powraca się do czytania. Jeżeli ten ciąg nie zostanie zaburzony, nie musisz sobie niczego przypominać. Wszystko pamiętasz, cały czas po części znajdujesz się w świecie kreowanym przez książkę więc o wiele łatwiej Ci tam wrócić.

A jeżeli już znajdziesz się w tym świecie, żal z niego wychodzić. Bo chociaż ten świat może mi się nie podobać, to mimo wszystko żal z niego wyjść. Ponieważ autor dołożył starań, aby świat ten stworzyć. Ponieważ możliwe, że fabuła dopiero się rozkręca. Ponieważ, choć fabuła mnie nie pociąga, jest to jakaś opowieść i ja chcę poznać jej koniec!

Ponieważ książki mają w sobie coś magicznego.

Do tego dochodzą jeszcze emocje. Pisałem, że czytając coś, zostawiamy w tym cząstkę siebie. I to jest kolejny powód dla którego ciężko mi porzucić książkę w połowie nieprzeczytaną. Musiałbym pozostawić cząstkę swoich emocji, dryfującą w zawieszeniu pomiędzy stronicami książki, razem z fabułą, która została zawieszona, zatrzymana do odwołania.

Epilog

Czy jestem dziwny? Może. Ale uwielbiam książki. Są wyzywające, pociągające, intrygujące, zabawne, pouczające, prywatne.

I magiczne.

Uroki dzieciństwa

Czy pamiętasz jaki świat był piękny gdy byłeś jeszcze dzieckiem?

Wszystko wokół Ciebie przepełnione było przygodami! Od zabaw w odkrywanie tajemnic skrytych w opuszczonych, pustych domach, przez zwykłą grę w piłkę, aż po codzienne gry w chowanego wieczorem. Aż łezka się w oku kręci.

Ostatnio w pracy wywiązała się ciekawa dyskusja. Jak to kiedyś człowiek był w stanie umówić się i bez większego problemu spotkać z kimś praktycznie bez użycia telefonu, podczas gdy teraz telefonu komórkowego używamy nawet, aby znaleźć się na średnio zatłoczonej ulicy. Oczywiście pochodzę z trochę “świeższego” rocznika niż inne osoby w biurze, ale zacząłem sobie przypominać jak to u mnie wyglądało.

Telefony komórkowe chyba dopiero powoli się rozpowszechniały, ale nie było mowy, aby jakieś dziecko miało takie urządzenie. Jedynie telefony stacjonarne były wtedy na porządku dziennym. I jak teraz zacznę się zastanawiać w jaki sposób umawiałem się z kolegami na “piłkę”, jestem zdumiony jak łatwo to przychodziło. Wystarczyło, że poprzedniego dnia się coś wspomniało, że mniej więcej o tej i o tej godzinie zbierzemy się na boisku, a wszyscy jakoś magicznie pojawiali się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. A jeżeli nie, nikt nie wyciągał nerwowo telefonu komórkowego z kieszeni i nie obdzwaniał spóźnialskich – każdy cierpliwie czekał. Zawsze było coś, o czym można było porozmawiać. A jeżeli ktoś dość poważnie się spóźniał, najczęściej nie trzeba było nikogo przekonywać, aby odbyć spacer, czasem nawet dość długi, w kierunku domu osoby spóźnialskiej i zapytać co się dzieje. I nawet gdy osoba spóźnialska nagle stwierdziła, że nie może wyjść, nikt nie miał jej za złe bezcelowego spaceru. Wzruszaliśmy ramionami i wracaliśmy na boisko. Codzienne spacery tego typu były normą i nikt nie narzekał na bolące nogi.

Pamiętam też, prawie że legendarne, zabawy w chowanego. Praktycznie co wieczór dzwoniło się do każdego domu na ulicy z kultowym pytaniem “Czy Adam może wyjść?”. I tak zbierało się dwadzieścia dzieciaków przy jednym ze słupów podtrzymujących kable elektryczne. Weteranów łatwo było poznać – bardzo starannie dobierali ciemne ubrania, aby móc łatwiej chować się w krzakach.

I chociaż raczej nikt nie biegał z zegarkiem na ręku, zawsze było wiadomo kiedy kto musi wrócić do domu. A pomimo że gra trwała czasem nawet do dwóch godzin, kiedy to najczęściej zostawali już ci najwytrwalsi, zabawy było co niemiara. Teraz, kiedy widzę jakichś dzieciaków bawiących się w chowanego, wspominam kiedy to ja tak biegałem w granatowych dresach, ubrudzony piaskiem po klęczeniu przy starym, pomarańczowym sklepie spożywczym.

Była też podstawówka. Nikt do nikogo nie dzwonił, a jednak wiadomo było o której godzinie należy wyjść z domu, aby po drodze spotkać kolegów. Te przerwy spędzane na trzepaku – ktoś kiedyś sprytnie porównał wcześniejsze trzepaki do dzisiejszych for internetowych. Kampanie zdrowia zębów, kiedy szkolna pielęgniarka zabierała wszystkich do łazienki i kazała myć zęby jakąś specjalną pastą. Pamiętam, że miałem czerwoną, plastikową, po części przeźroczystą szczoteczkę. A pasta miała dziwny smak chociaż nie była najgorsza.

Po szkole wyprawy do opuszczonych domów. Chociaż rodzice upominali, aby tam nie chodzić, to pokusa odkrywania nowych rzeczy była zbyt duża. Przechadzając się surowymi, chłodnymi korytarzami z fragmentami pobitego szkła na podłodze, które złowrogo chrupało pod stopami, zawsze miało się wrażenie, nie ważne czy ktoś się zarzekał, że nie wierzy – czuło się obecność ducha osoby, która kiedyś tutaj mieszkała. Ten dreszczyk emocji… Ta gęsia skórka, która towarzyszyła podróżom. I to uczucie ulgi, a jednocześnie rozczarowania, że jednak nie spotkało się tego ducha, które pojawiało się zaraz po powrocie do świata zewnętrznego.

Gry na Pegazusa były już co prawda dostępne (te wycieczki na miasto w poszukiwaniu nowych gier) jednak to rozpowszechnienie się komputerów wywołało małą rewolucję. A z nimi gry komputerowe. Pojawiło się też Gadu-Gadu i do dzisiaj pamiętam te zabiegi i rywalizację, aby “zdobyć” numer GG od jakiejś szkolnej piękności.

Ale wrócę do gier komputerowych. Nie kryję, że ich popularyzacja wśród młodziaków takich jak ja skutkowała większą ilością czasu spędzonym przed komputerem niż na świeżym powietrzu. Jednak nie sądzę, aby to miało aż taki zły wpływ. Ponieważ nie oznaczało to, że zamykaliśmy się w domach i graliśmy cały dzień. Było wiele gier w które można było grać wspólnie – Worms Armageddon, Fifa czy chociażby Heroes of Might and Magic. Jeżeli gra, w którą chcieliśmy grać, umożliwiała grę kilku osób jednocześnie przy jednym komputerze – zbieraliśmy się u jednego ze znajomych i graliśmy u niego. A więc tak – komputer odebrał nam trochę czasu, który mogliśmy spędzać na powietrzu. Ale nadal spotykaliśmy się i obcowaliśmy z innymi. A taki przecież chyba jest, między innymi, cel dzieciństwa – socjalizacja. Nauczenie się obcowania z innymi.

Poza tym nie było tak, że już wcale nie graliśmy w piłkę czy nie zaglądaliśmy do opuszczonych domów. Gry dawały nam inspirację do zabaw, rozszerzały naszą wyobraźnię. I tak w okolicach opuszczonego domu można było zorganizować “bazę”, której broniła jedna drużyna, podczas gdy kilku innych chłopaków ją atakowało. I nie potrzebne były plastikowe zabawki – patyki świetnie służyły jako niezawodna broń, a szyszki zdawały egzamin jako granaty. Nigdy chyba też nie zapomnę do czego mnie i mojego przyjaciela z dziecięcych lat skłoniła jedna z gier, a mianowicie Fifa 2002. Otóż tak bardzo spodobało się nam intro do gry (link na YouTube), że postanowiliśmy je w całości we dwójkę “odegrać”. Co prawda na boisku w filmiku było trochę więcej piłkarzy niż dwóch, ale przez większość czasu uwaga skupiała się na maksymalnie dwóch, a więc nasza dwójka była w zupełności wystarczająca. I ponieważ znaliśmy to intro na pamięć, praktycznie wystarczyło wziąć piłkę pod pachę i wyjść na podwórko. Muszę się pochwalić, że to mi przypadł ten widowiskowy rzut bramkarza pod koniec. Ach, ta muzyka. Te wspomnienia!!!

Czasy jednak nieuchronnie się zmieniają. Opuszczone domy zostały przebudowane i zamieszkane (swoją drogą – dziwne uczucie gdy teraz patrzy się na te domy, z firankami w oknach, podczas gdy kiedyś w oknach zdawało się widzieć upiory i zjawy), a już niedługo ma zostać opublikowana Fifa 2012. Podstawówka do której uczęszczałem przeszła generalny remont i dorobiła się boiska z prawdziwego zdarzenia. W chowanego bawimy się tylko czasem, a jeśli już to z szefem w pracy.

Często mówi się, że dzisiejsza młodzież, to już nie to samo. Ale tak samo mówiono kiedyś o nas. I ktoś inny tak samo mówił o wcześniejszej generacji. A jednak każde pokolenie swoje dzieciństwo uważa za najlepsze. Dlatego myślę, że powinniśmy się wstrzymać z osądami co do zachowań dzisiejszych dzieciaków jeszcze przez jakiś czas. Dajmy im szansę się wykazać!

A Ty, drogi czytelniku. Co pamiętasz ze swojego dzieciństwa? Co możesz nazwać ikoną swoich młodych lat? :-)