Wyobraź sobie książkę. Starą, delikatnie pogiętą książkę z paroma plamami na stronie tytułowej. Wyobraź sobie jak bierzesz ją w dłonie i powoli, powolutku unosisz znad blatu stołu. Lewą dłonią trzymasz grzbiet, pozwalając by przeciwległa część ze stronami rozwinęła się niczym wachlarz. Wnętrzem prawej dłoni bez pośpiechu gładzisz tą papierową tęczę, uśmiechając się do po trosze łaskoczącego, a zarazem gładkiego i chłodnego uczucia. Następnie otwierasz książkę – w powietrze wzbija się zapach wiekowego papieru. Wdychasz je łapczywie ponieważ wiesz, że po chwili zniknie. Przewracasz cichutko szeleszczące kartki, czując pod palcami miniaturowe włoski i specyficzną teksturę papieru. Następnie zagłębiasz się w lekturze i całkowicie zapominasz o otaczającym Cię świecie.
Książki i eKsiążki
Czy jestem jedyną osobą, która traktuje książki jako pewien rodzaj skarbu? Być może trudno w to uwierzyć, ale jeżeli w moje ręce dostanie się jakiś piękny okaz książki, to często odprawiam przedstawiony wyżej rytuał. Książki mają w sobie coś niesamowitego i przyciągającego. Coś magicznego.
Pisanie książki jest procesem niezwykle prywatnym. Nie ważne czy jest to praca zbiorowa czy nie. Akademicka czy fikcyjna. To, co zostanie napisane na papierze ma wielką moc. I, co ciekawe, częściej jest chyba uznawane za trwalsze niż to, co jest zapisane na komputerze, chociaż o wiele łatwiej stworzyć kopię zapasową danych z komputera niż z książki.
Czytając książkę odkrywasz emocje, których doświadczał autor podczas przeżywania i pisania opisywanych historii. Utożsamiasz się z nim. To jest tak jakbyś czytał wiersz – Ty i autor stajecie się jednym. Jednak wiersze, ponieważ zazwyczaj są stosunkowo krótkie, czyta się szybciej, a kontempluje dłużej. Z książkami jest inaczej – treść jest dłuższa, wciąga Cię i nie pozwala uciec. A nawet jeżeli uda Ci się na chwilkę czmychnąć, zaraz dopadną Cię przemyślenia i będziesz musiał jeszcze przeczytany materiał przetrawić.
Przebywając ostatnio sporo w stolicy, a zwłaszcza w komunikacji miejskiej, trudno było nie zauważyć ilości osób czytających – zarówno tradycyjne książki, jak i książki elektroniczne popularnie nazywane eBookami. Popularność obu mediów – a raczej coraz większa popularność jednego z nich – wyzwala dyskusje. Czy czytanie książek na tablecie to to samo co czytanie tradycyjnej książki? Co lepiej czytać? Co wygodniej? Co jest lepsze dla środowiska?
Myślę, że większość zależy od prywatnych preferencji. Nawet wspomniana kwestia środowiska. Istnieje przecież możliwość, że Twój tablet pobiera ogromne ilości energii, podczas gdy moja książka jest drukowana z papieru, który został uzyskany z recyklingu. Osobiście uważam, że tradycyjna książka jest o wiele lepsza. Sądzę tak, ponieważ książka dla mnie nie jest jedynie treścią. Mówi się, że nie należy oceniać książki po okładce. To prawda, ale tylko po części. Ja lubię podziwiać piękne dzieło artysty w postaci przykuwającej oko okładki. Podobno nie powinno się również oceniać książki po ilości stron, ale ja wolę grubsze książki. Lepiej mieszczą się w dłoni i starczają na dłużej.
A eBooki? Część z nich zawiera treść opakowaną w piękny wygląd i dużą liczbę udogodnień (na przykład iPad). A inna część zawiera praktycznie jedynie treść książki, opakowaną w elegancką prostotę (na przykład Kindle). Ani to ani to mnie nie pociąga. Pierwsze potrafi rozpraszać dostępnymi funkcjami, a drugie jest zbyt proste – zabiera to, co w książce jest piękne, dając mało w zamian. Zaletą tabletów jest to, że mogę wziąć ze sobą wiele książek na raz, nie zwiększając wagi plecaka. Ale ja i tak zwykle czytam tylko jedną książkę na raz ponieważ chcę maksymalnie zapuścić się w jej fabułę i klimat. Druga książka tylko mieszałaby mi w głowie.
A poza tym wykonanie mojego rytuału na tablecie byłoby dość mocno utrudnione, jeżeli nie niemożliwe. Tak więc wybaczcie drzewka.
Gusta i guściki
Kontynuując temat preferencji – jak bardzo mogą one wpłynąć na wybór książki?
Cóż, myślę że, przynajmniej w moim przypadku, treść książki jest najważniejsza i to ona wpływa na wybór, który stosik sklejonego papieru zaniosę do kasjerki w sklepie. Ale mam też swoje preferencje, oj mam.
Miękka okładka. Tylko i wyłącznie. Strasznie nie lubię twardych okładek. Książka jest wtedy mniej elastyczna i narzuca mi w jaki sposób mam ją czytać. Przeszkadza mi też w moim rytuale. A poza tym zwiększa cenę książki i nakład zużytego papieru.
Kolor papieru. Tylko nie biały. Wierzcie mi lub nie, ale biały nie jest chyba do końca naturalnym kolorem książek. Nie mam żadnych źródeł na poparcie tej tezy, ale dla mnie papier powinien być bardzo delikatnie zżółknięty. Biały kolor papieru męczy oczy i rozprasza. W pewnym sensie oddziela Cię od treści. I również, z tego co pamiętam, nieznacznie zwiększa koszty produkcji książki.
Ilość tomów. Preferuję dłuższe książki, a więc, jeżeli to możliwe i praktyczne, wybieram książki jednotomowe, a nie zbiór tomów. Powieść Władca Pierścieni czytałem w postaci książki, która idealnie pasowała do moich preferencji. Ogromne, tysiąc-stronicowe tomiszcze, opatrzone miękką okładką, napisane starannie dobraną czcionką na wyblakłym papierze. Rozkosz. Czysta rozkosz czytania.
Książka na własność. Nie lubię czytać pożyczonych książek. Książka powinna być moja i już. O powodach tego zboczenia poniżej.
Łzy, pot i emocje
Pisałem już, że autor pisząc książkę, chcąc nie chcąc, przelewa swoje emocje na papier. Jednak nie należy zapominać, że my, czytelnicy, czytając taką książkę, też stajemy się jej współautorami! Trzymając książkę w dłoniach i zaczytując się w treściach spisanych na jej stronicach, odczuwamy emocje, które są przenoszone na papier. Bo każda książka zawiera emocje, które autor przeżywał podczas pisania, i które my przeżywaliśmy podczas czytania. Dlatego nie przepadam za czytaniem pożyczanych książek – przeszkadza mi świadomość, że przy tej książce, przy tym konkretnym egzemplarzu ktoś – nie ważne kto – odczuwał już emocje, już je przelał na papier. Nie ma tam już miejsca na moje odczucia.
Nie tylko pisanie książek jest procesem niezwykle prywatnym. Nie mniej prywatne jest czytanie ich.
Niedopowiedziana historia
Wspomniałem już, że unikam czytania więcej niż jednej książki na raz, aby nie mieszać sobie w głowie. Nie dotyczy to wyłącznie książek z fabułą – pozycje akademickie czy popularno-naukowe, które czytam dla przyjemności również mają swój logiczny układ treści, który może zostać zaburzony przez inną książkę.
Czasem zdarza się też, że stwierdzam iż książka, którą czytam, nie jest warta czytania. Często następuje to jednak dopiero po przeczytaniu mniej więcej jednej czwartej książki. I wtedy następuje dylemat: czy porzucić książkę niedoczytaną czy też przemęczyć się i doczytać do końca?
Jestem niezmiernie ciekaw czy Ty również masz takie dylematy czy też dla Ciebie wybór jest oczywisty (wypowiedz się w komentarzach!). U mnie wygląda to zazwyczaj tak, że w końcu porzucam książkę, chociaż robię to z wielką niechęcią i po stosunkowo długiej walce z samym sobą. Najbardziej pamiętam jeden przypadek książki Terry’ego Pratchett’a. Generalnie lubię jego książki, ale akurat ta jedna nudziła mnie niemiłosiernie.
Pamiętam, że po kilku wieczorach nieczytania jej zauważyłem, że nie otworzyłem tej książki od kilku dni. Oczywiście zmusiłem się do dalszego czytania jednak jakoś nie mogłem całkowicie się oddać czytaniu, bardzo szybko rzeczywistość dookoła mnie wyrywała mnie ze świata Dysku przedstawianego w książkach Pratchetta. Przez kilka kolejnych wieczorów starałem się do książki wracać i wracać jednak było coraz ciężej. I w końcu, po ciężkim boju i z ciężkim sercem, wyjąłem zakładkę z książki i ustawiłem ją na półkę, obok reszty powieści tego autora. Przez jakiś czas jeszcze mój wzrok opadał na okładkę tej książki jednak nie zdecydowałem się już po nią sięgać.
Dlaczego tak ciężko mi przestać czytać książkę w połowie? Domyślam się, że dla niektórych osób rzeczywiście może być to niezrozumiałe. Otóż, jak pisałem wcześniej, każda książka ma swoją fabułę – bądź logiczny ciąg faktów i definicji – którą łatwo zaburzyć, a gdy zostanie zaburzona, trzeba sobie przypominać o co chodziło na poprzedniej stronie gdy powraca się do czytania. Jeżeli ten ciąg nie zostanie zaburzony, nie musisz sobie niczego przypominać. Wszystko pamiętasz, cały czas po części znajdujesz się w świecie kreowanym przez książkę więc o wiele łatwiej Ci tam wrócić.
A jeżeli już znajdziesz się w tym świecie, żal z niego wychodzić. Bo chociaż ten świat może mi się nie podobać, to mimo wszystko żal z niego wyjść. Ponieważ autor dołożył starań, aby świat ten stworzyć. Ponieważ możliwe, że fabuła dopiero się rozkręca. Ponieważ, choć fabuła mnie nie pociąga, jest to jakaś opowieść i ja chcę poznać jej koniec!
Ponieważ książki mają w sobie coś magicznego.
Do tego dochodzą jeszcze emocje. Pisałem, że czytając coś, zostawiamy w tym cząstkę siebie. I to jest kolejny powód dla którego ciężko mi porzucić książkę w połowie nieprzeczytaną. Musiałbym pozostawić cząstkę swoich emocji, dryfującą w zawieszeniu pomiędzy stronicami książki, razem z fabułą, która została zawieszona, zatrzymana do odwołania.
Epilog
Czy jestem dziwny? Może. Ale uwielbiam książki. Są wyzywające, pociągające, intrygujące, zabawne, pouczające, prywatne.
I magiczne.