Trzy dobre filmy o samurajach

Ostatnie trzy wieczory spędziłem na obejrzeniu trzech Japońskich filmów opowiadających o historii samurajów. Tytuły to (kolejność w jakiej oglądałem):

  • The Twilight Samurai (Samuraj – Zmierzch, Tasogare Seibei)
  • When the Last Sword is Drawn (Ostatni Miecz, Mibu gishi den)
  • The Hidden Blade (Ukryte Ostrze, Kakushi ken oni no tsume)

Chociaż wszystkie filmy niesamowicie mi się podobały to najbardziej przypadł mi do gustu The Twilight Samurai, podczas gdy na drugim miejscu umieściłbym The Hidden Blade.

Uprzedzić tutaj muszę wszystkich chętnych do oglądania, że w filmach tych nie ma przesadnie dużo widowiskowych walk na miecze. O wiele więcej jest dialogów, przemyśleń i historii ówczesnej Japonii. Wszystkie filmy zawierają wątek o tym jak czas samurajów w końcu zaczynał się kończyć gdy zachód zaczął się rozwijać, a także o tym jak Japończycy zafascynowali się sztuką wojenną z zachodu.

Ja z kolei, po obejrzeniu tych filmów, zafascynowałem się wystrojem wnętrz. Mieszkania, nawet tych bogatych samurajów, były niesamowicie proste – każdy mebel miał jakąś funkcję. I wprost zakochałem się w lampionach używanych do oświetlania pokoi.

20120326-122253.jpgZ filmów tych można się wiele nauczyć. Są również bardzo przyjemną odskocznią od typowych produkcji z Hollywoodu gdzie film o samurajach kojarzy się z masową sieczką na katany. Dowiadujemy się z nich między innymi ile dla samuraja znaczył honor oraz, że możliwość popełnienia harakiri, czy też seppuku, naprawdę było przywilejem.

Gorąco polecam wszystkie trzy filmy. Najlepiej je chyba oglądać z napisami z oryginalnymi dialogami ponieważ dodaje to klimatu. Jeżeli ktoś zna filmy podobne, który mógłby mi polecić, proszę o kontakt :) Film Ostatni samuraj oczywiście widziałem ;)

O jakości polskiej sceny Internetu

20120325-151914.jpg

Internet. Niby jest jeden – międzynarodowy – jednak jeżeli zechcesz się rozejrzeć, łatwo zobaczysz różne trendy w bardziej narodowych sieciach. Porozmawiajmy więc o „polskim” Internecie.

Jako osoba z generacji Y, która dorastała wraz z Internetem, jestem stałym użytkownikiem tego medium. Staram się jednak nie ograniczać do polskiej strony sieci, ale często – o ile nie częściej – zaglądam na zagraniczne strony. Powodów do tego jest kilka. Po pierwsze, doskonalę czytany język angielski. Po drugie, polskie strony zazwyczaj i tak polegają na publikacjach z zagranicznych stron (na przykład jeżeli chodzi o informacje na temat nowych gadżetów, którymi jestem zainteresowany, ale nie tylko) więc wolę informacje z pierwszej ręki. Po trzecie, i najważniejsze chyba, zagraniczne strony są o wiele przyjemniejsze w przeglądaniu.

Dlaczego tak uważam? Do tej opinii skłaniają mnie dwa czynniki.

Reklamy

Polskie strony internetowe są jeszcze daleko w tyle jeżeli chodzi o szacunek jaki okazuje się odwiedzającemu. Wystarczy spojrzeć na nasza-klasa.pl: użytkownik jest dosłownie bombardowany reklamami, ogromnymi, ruszającymi się, skaczącymi ogłoszeniami, które tylko uprzykrzają korzystanie z serwisu. Porównajmy to teraz z serwisem Facebook. Tam również mamy masę reklam, ale nie odczuwa się ich tak bardzo. Dlaczego? Bo umieszczone są w jednym miejscu, nie są animowane czy przesadnie duże. Dochodzi tutaj oczywiście kwestia prywatności i zbierania danych o użytkowniku, aby wyświetlać mu najodpowiedniejsze reklamy dzięki czemu można sobie pozwolić na taką skromność przy ich wyświetlaniu. Jednakże ten temat zostawię na inny czas.

Duża, bardzo duża ilość polskich witryn internetowych dalej jest uwięziona w przestarzałej strategii wyświetlania reklam: wrzucamy ile się tylko da. Niestety nierzadko oznacza to obecność irytujących animowanych reklam typu Flash, które czasami dodatkowo na nas krzyczą bądź wydają inne rozpraszające dźwięki.

Strategia ta nie jest nastawiona na zwiększenie satysfakcji użytkownika, nie ma nawet na celu znalezienie złotego środka pomiędzy UX (user experience) a dochodami. Liczą się tylko dochody, użytkownik nas nie obchodzi. Zaczniemy się nim martwić kiedy odnotujemy spadek w odwiedzinach.

Czy to naprawdę jest najskuteczniejsza strategia?

Link bait

Ciężko mi wymyślić polski odpowiednik dla tego zwrotu więc wolę własnymi słowami opisać jego znaczenie i kontyuować korzystanie z angielskiego oryginału:

Link bait: zabieg polegający na uczynieniu tytułu jak najbardziej interesującym, aby maksymalnie zwiększyć prawdopodobieństwo kliknięcia w dany link. Krócej, ale bardziej subiektywnie: pułapka na użytkownika.

Aby wytłumaczyć to jeszcze lepiej, posłużę się przykładem. Oto tytuł linka z dzisiejszej strony głównej Wirtualnej Polski:

Najpierw ochłodzenie, a potem… – pogoda na Wielkanoc

Typowy przykład link-bait. Prawda, że od razu ma się ochotę zajrzeć do środka? Przeanalizujmy to zdanie kawałek po kawałeczku:

Najpierw ochłodzenie

Wiosna już nadchodzi, a więc na każdą prognozę zapowiadającą ochłodzenie reagujemy umiarkowaną palpitacją serca. Redaktorzy serwisów takich jak WP czy Onet dobrze o tym wiedzą.

,a potem…

Niedokończone zdanie – och!, jak kusi, aby zajrzeć do środka!

pogoda na Wielkanoc

Jedyna sensowna i wyrażająca szacunek dla użytkownika część zdania. Część, która rzeczywiście zapowiada co znajduje się w zalinkowanym artykule.

Wspominam o szacunku dla użytkownika – czemu? Ponieważ tego typu zabiegi uważam za brak szacunku. Redaktorom chodzi tylko i wyłącznie o ściągnięcie odwiedzającego do tego artykułu, aby wyświetlić następne reklamy. UX schodzi na dalszy plan. Pozwolę sobie zacytować właściwą treść artykułu:

Dwa tygodnie słonecznej pogody z pojawiającymi się lokalnie niewielkimi opadami deszczu i nieznaczne ochłodzenie – takiej pogody możemy spodziewać się do Wielkanocy, w nocy temperatura może spadać poniżej zera. W świąteczną niedzielę czeka nas wyraźne ocieplenie, temperatura będzie wynosiła do 15 stopni, w niemal całej Polsce będzie słonecznie. Sprawdź prognozę na każdy z 15 najbliższych dni!

Niedziela

Województwa dolnośląskie i lubuskie będą w niedzielę najcieplejszymi regionami Polski, temperatura sięgnie tam 16 stopni. Niemal równie ciepło będzie w Małopolsce i na Podkarpaciu – od 14 do 15 stopni oraz w centrum i na północnym zachodzie kraju – od 12 do 13 stopni. Chłodniej będzie nad Bałtykiem, a także w Polsce północno-wschodniej – od 8 do 9 stopni. W całym kraju będzie słonecznie, opady deszczu mogą pojawić się tylko na północno-wschodnim krańcu Polski.

Podczas gdy tytuł sprawia wrażenie jakby Wielkanoc miałaby być naprawdę kiepska pod względem pogody, właściwa treść artykułu mówi nam coś innego. Słowo „ochłodzenie” w tytule pojawiło się tylko dlatego, że w artykule padł zwrot

nieznaczne ochłodzenie

Przeciętny użytkownik po przeczytaniu czegoś takiego jest zadowolony bo dowiedział się, że pogoda na Wielkanoc zapowiada się dobrze. Ale mnie dosłownie nosi bo wiem, że dałem się wrobić serwisowi, że użył mnie, aby wyświetlić nowe reklamy. Czy tak powinna wyglądać praca szanującego się serwisu? Aby użytkownicy czuli się głupio bo dali się złapać na tego typu pułapki?

W poszukiwaniu odpowiedzi

To nie wszystko. Inne znienawidzone przeze mnie serwisy typu odkrywcy.pl oprócz link bait stosują też inne sztuczki, aby powiększyć dochód ze strony kosztem użytkownika. Po pierwsze każdy dłuższy artykuł jest podzielony na kilka stron. Zastanawiałeś się czasem dlaczego tak się dzieje? Aby zminimalizować czas ładowania się strony? Nie. Aby ułatwić czytanie? Nie wiem jak Ty, ale mi o wiele wygodniej czyta się jeżeli wszystko jest na jednej stronie. Co więcej, jeżeli cały artykuł znajduje się na jednej stronie, o wiele łatwiej zapisać go do serwisu takiego jak Instapaper, aby przeczytać go później, nawet bez dostępu do sieci (na przykład w samolocie).

Dlaczego więc artykuły są dzielone na strony? Ponieważ po przejściu na następną stronę Twoja wizyta jest rejestrowana jako zwiększony procent zaangażowania i przywiązania do strony. A takim zwiększonym wynikiem witryna może się pochwalić osobom, które chcą wykupić reklamy. A propos reklam – przy przejściu do następnej strony wyświetlane są nowe reklamy, w tym te, które trzeba było zamykać ręcznie bo zasłaniały pół ekranu. A więc jeszcze większy dochód!

To było po pierwsze. A po drugie? Strony te niezwykle często stosują trik polegający na niesamowitym rozpisaniu się na kilkaset słów. Nie chodzi tutaj jednak o to, aby poruszyć czytelnika czy też zaprezentować mu daną sprawę z wielu stron. A gdzie tam! Chodzi tylko i wyłącznie o to, aby rozwlec artykuł na jak największą ilość pod-stron, aby wyświetlić więcej reklam!

Pamiętam jak czytałem jeden z artykułów na okropnym serwisie odkrywcy.pl – to chyba po tym artykule właśnie nabawiłem się uczulenia do tej strony – który traktował o jakimś nowym odkryciu naukowców, które niby ma ułatwić nam życie (standard). Artykuł ciągnął się na pięć stron chociaż w sumie miał może z 300 słów – większość miejsca oczywiście zajmowały reklamy plus parę obrazków co by użytkownik się nie zorientował, że go naciągamy. Kompletnie rozbroiło mnie jednak coś innego: podczas gdy każda z pierwszych czterech stron kazała sądzić, że naukowcy będą mogli to nowe odkrycie wprowadzić w życie już za kilka miesięcy co sprawiało, że chciało się czytać dalej, to na ostatniej stronie dowiadujemy się nagle, że cały projekt jest nadal tylko teoretyczny, nic nie jest potwierdzone, nic nie jest pewne, a pierwsze prototypy powstaną pewnie za dziesięć lat.

Super, właśnie zmarnowałem cztery minuty swojego życia podczas gdy właściciel strony na nich zarobił.

Szczera wymiana?

Jak więc powinna wyglądać strona, która szanuje swoich użytkowników (odwiedzających)? Idealnie nie powinna zawierać reklam jednak nie zawsze jest to możliwe (strona jakoś musi się utrzymywać). Reklamy powinny być jednak wstawione w sposób kulturalny, który nie przeszkadza w czynności dla której daną stronę odwiedziliśmy – aby ją przeczytać.

Co więcej, jeżeli odwiedzam stronę z reklamami i ją przeglądam, oferuję coś, co mogę zaoferować: swój czas przez który mogę zerknąć na reklamy i rozważyć kliknięcie w nie. Mam jednak prawo oczekiwać czegoś w zamian – wartościowej treści. Po to przecież odwiedziłem tą stronę. Jeżeli spędzam kilka minut na przeczytanie artykułu i jestem dosłownie zmuszany, aby wyławiać właściwą treść spomiędzy gąszcza reklam tylko po to, aby dowiedzieć się, że tak naprawdę cała nowinka o której czytam nie ma większego sensu bądź nie jest wcale taką nowinką (patrz mój przykład o artykule na odkrywcy.pl), to mam prawo uważać, że zostałem okradziony. Nie ma tutaj mowy o uczciwej wymianie – zostałem naciągnięty. Tytułem linka obiecano mi coś ciekawego przez co zaoferowałem swój czas i swoje gałki oczne do oglądania reklam. Nie dostałem jednak nic wartościowego w zamian.

Ktoś może powiedzieć, że przecież taki jest cel tychże witryn – maksymalizowanie liczby odwiedzin. Hm, ja zawsze sądziłem, że zainteresowanie czytelnika czymś ciekawym :-)

Miecz obusieczny

Można odnieść wrażenie, że polskie strony zamiast starać się dokonywać z nami uczciwych wymian, walczą z nami, aby nas oszukać. Używają przestarzałej strategii o której wspomniałem, aby wykorzystać nas do zarobku, nie dając nic w zamian.

Ta strategia jest jednak jak miecz obusieczny – można ją wykorzystać przeciwko napastnikowi. Apeluję do Ciebie, mój drogi czytelniku, którego szanuję i staram się świadomie nie wykorzystywać żadnych z opisanych wyżej sztuczek, abyś dołączył do mojego bojkotu stron internetowych o niskiej wartości. Stron, których celem nie jest zainteresowanie użytkownika i dostarczenie mu wartościowych treści, a raczej maksymalne zwiększenie dochodów. Nie idź na kompromisy, nie zgadzaj się na wykorzystywanie tego typu sztuczek przeciwko Tobie. Nie odwiedzaj tego typu stron, szukaj alternatyw. Przykładów „złych” stron mógłbym podać mnóstwo: WP, Interia, Onet, odkrywcy.pl – ale nie chcę Cię uprzedzać.

Możesz powiedzieć, że już teraz uprzedziłem Cię do Wirtualnej Polski. Ale zastanów się – kiedy ostatni raz przeczytałeś na niej coś naprawdę wartego uwagi? Coś, co było na tyle interesujące, że pamiętałeś o tym nawet kilka dni po lekturze? Zgaduję, że nic takiego tam nigdy się nie pojawiło.

Pogoda na Wielkanoc? Po co czytać artykuł – wystarczy sprawdzić prognozę pogody w odpowiednim serwisie. Tam przynajmniej wiesz czego oczekiwać.

How Many Web Sites Are Are There?

How Many Web Sites Are Are There?.

That’s a bit of a trick question, as there isn’t a definite answer. However, right now there are 644 million active websites on the Internet according to Netcraft.

Obserwowanie własnych emocji

eltpics / flickr

Inteligencja emocjonalna (EQ), podobnie jak sama inteligencja (IQ), ma wiele definicji. Najpopularniejszą chyba jednak jest:

  • stopień do którego jesteśmy w stanie być świadomi odczuwanych przez siebie i innych emocji oraz do którego jesteśmy zdolni kontrolować swoje odczucia.

Podwały inteligencji emocjonalnej stworzył między innymi Howard Gardner w latach osiemdziesiątych. Stworzył on listę siedmiu inteligencji z czego dwie są związane z życiem w społeczności:

  • Intrapersonalna – umiejętność zaglądania w głąb własnej przestrzeni emocjonalnej,
  • Interpersonalna – umiejętność dostrzegania emocji u innych ludzi.

Chciałbym się zająć głównie inteligencją intrapersonalną ponieważ zainteresował mnie w niej szczególnie jeden aspekt.

Na pewno uczucie, które zaraz opiszę nie jest Ci obce. Czujesz smutek bądź złość, ale nie jesteś do końca pewien z jakiego powodu. Starasz się więc wejrzeć pod powierzchnię codzinnego „ja” i dostrzec powód tych negatywnych emocji. Czasem prześledzasz krok po kroku wydarzenia, które doprowadziły do tego, że czujesz się tak, jak się czujesz. Czasami udaje Ci się zlokalizować przyczynę – to zasługa właśnie Twojej inteligencji intrapersonalnej. Czasami jednak, pomimo wzmożonych wysiłków, nie możesz dojść dlaczego odczuwasz wewnętrzny ból. To z kolei jest granica możliwości Twojej inteligencji intrapersonalnej. Granica, którą możesz przesuwać w miarę ćwiczeń.

Właśnie – ćwiczenia. Zauważyłem, że gdy odczuwamy emocje negatywne, jesteśmy wielokrotnie bardziej skłonni do rozpoczęcia poszukiwań powodu naszego smutku czy złości. A ponieważ robimy to częściej, jesteśmy w tym coraz lepsi.

Nie zadowalamy się zwykłym wskazaniem „bo Marek był dla mnie niemiły”, ale idziemy głębiej – o wiele głębiej, starając się doszukać konkretnych czynności wykonanych przez Marka, które doprowadziły do sprawienia nam bólu. A czasem idziemy jeszcze dalej – staramy się zgadnąć dlaczego Marek zrobił to, co zrobił oraz – może rzadziej, ale jednak – jak się czuł gdy to robił (czy był szczęśliwy? Czy może robił to z przymusu?).

Nie zamierzam pochwalać karygodnego zachowania Marka. Uważam jednak, że to co robimy gdy odczuwamy takie negatywne emocje jest naprawdę wspaniałym ćwiczeniem naszej inteligencji intrapersonalnej. A przynajmniej jednego jej aspektu – emocji negatywnych. A co z tymi pozytywnymi?

Przypomnij sobie kiedy ostatni raz czułeś radość. Szczęście. Bądź też odczuwałeś inną pozytywną emocję. Czy zastanawiałeś się dlaczego się tak czujesz? Większość osób zapewne odpowie, że nie. Reszta, że tak.

Jednak jeżeli analizowałeś przyczynę swojego szczęścia – jak głęboko zaszedłeś? Czy poprzestałeś na „zaliczyłem ostatni egzamin na piątkę!” czy przeanalizowałeś tą emocję dokładniej? Myślę, że zdecydowana większość osób z tej grupy, włączając mnie, poprzestaje na płytkiej analizie.

A dlaczego? Przecież odczuwając emocje negatywne zapuszczamy się tak daleko, aby je przemyśleć! A robimy to, aby zidentyfikować ich konkretne przyczyny i w przyszłości ich unikać (w miarę możliwości). Dlaczego więc nie robimy tego samego dla emocji pozytywnych? Dlaczego nie zapuszczamy się do samych korzeni szczęścia czy radości, aby poznać ich fundamentalne przyczyny? Oczywiście nie powinniśmy robić tego z tego samego powodu dla którego analizujemy emocje negatywne – aby unikać ich przyczyn w przyszłości. W przypadku emocji pozytywnych, powinniśmy starać się wystawiać na działanie owych przyczyn jak najczęściej!

Myślę, że jest to równie przydatne jak i ważne ćwiczenie co analiza emocji negatywnych. O ile nie ważniejsze bo przecież w jednej z tych analiz jesteśmy już w miarę doświadczeni. Wyćwiczenie badania tego drugiego aspektu – emocji pozytywnych – może naprawdę pozytywnie wpłynąć na nasze życie – w podobny sposób jak zgłębianie naszych emocji negatywnych przynosi czasem ulgę od bólu.

Zatem gdy następnym razem poczujesz szęście, postaraj się głęboko zastanowić dlaczego. Nie poprzestawaj jednak na prostym „bo Kasia dała mi buziaka”, ale staraj się pójść dalej – zupełnie jakby Kasia zamiast buziaka, kolokwialnie mówiąc, sprzedała Ci liścia. Czułbyś się wtedy kiepsko, prawda? I na pewno bardzo długo zastanawiałbyś się co było powodem, jak do tego doszło.

To samo zrób dla buziaka, a może znajdziesz sposób, aby dostać ich więcej!

Smakowite słowa

Uwaga – ten wpis może się wydać dość fanatyczny dla większości osób.

Nie masz czasem wrażenia, że niektóre słowa są tak piękne, tak niesamowicie dobrze brzmią, że aż chce się je wymawiać? Wymawiać powoli, z odpowiednimi akcentami, wyraźnie.

Mrok.

Słowo tajemnicze w którym litera r ma za zadanie zmrozić krew w żyłach słuchacza, podczas gdy k ma zastukać mu w uszach i odbić się echem niczym obcas starego buta noszonego przez upiornego lokaja przechodzącego się po opuszczonej, spowitej pajęczynami rezydencji.

Chichot.

Kontrastując od wcześniejszego smutnego słowa, to słowo jest weselsze. Gdyby zabrać literę t, brzmiałoby ono prawie jak dwie części śmiechu: chi-cho. Hi, hi, chichot.

Grabieżca.

Słowo to emanuje zdecydowaniem, w dwóch różnych formach. Pierwsza część, a szczególnie b przywodzi na myśl skrytego w cieniu złodziejaszka, który usiłuje zagrabić upatrzony skarb bez zbędnego hałasu i rozgardiaszu. ż z kolei ukazuje jego drugą naturę – gotowość do walki o swoje, pewność siebie, zaciekłość.

Nie jestem pewien czy taka analiza słów jest słuszna (oraz zdrowa), ale na pewno była ciekawa i pobudziła moją wyobraźnię ;-) Masz inne pomysły słów? Napisz do mnie!

Apple jest warte więcej niż PKB Polski

Stało się.

Pojedyńcza firma – Apple – jest warta więcej niż PKB Polski.

Przy okazji: ciekawy blog, który przedstawia inne rzeczy, które, podobnie jak nasze PKB, jest warte mniej od jabłuszkowej firmy.

Krótka wizyta w bibliotece

Nieuchronnie zbliża się termin kiedy będę musiał oddać dwu i pół tysięczny raport na jeden z przedmiotów na uczelni. Jak zwykle w takich sytuacjach, wyruszam do uczelnianej biblioteki na polowanie szukając materiałów, które mogą mi pomóc w pracy, a nie zostały jeszcze dostrzeżone i zagarnięte przez inne osoby z mojej grupy.

Dzisiejsza wizyta była, ku mojemu miłemu zaskoczeniu, na pewien sposób specjalna. W Anglii pogoda poprawia się już z dnia na dzień – dzisiaj cieszyliśmy się jedenastoma stopniami Celsjusza, ledwo odczuwalnym wiatrem i prawdziwie angielskim, bezchmurnym błękitnym niebem. Jednym słowem – cudo, tym bardziej po niedawnym nawrocie śniegu na początku lutego.

Gdy dotarłem do szkoły, a następnie do biblioteki, zdziwiło mnie jakie panują tu pustki. Po chwili stuknąłem się w duchu w czoło bo przecież to oczywiste – po pierwsze kończy się tak zwany Guided Learning Week, czyli wbrew nazwie tydzień wolnego. Po drugie, była sobota, a więc ogólnie kończył się tydzień i trwał weekend. A po trzecie była piękna pogoda! Komu chciałoby się ślęczeć nad książkami?

Ja niestety nie miałem wyboru. Ruszyłem przez pustą obszerną salę pierwszego piętra biblioteki w stronę schodów na drugie piętro, aby skorzystać z komputera, który umożliwia przeszukiwanie spisu książek.

Gdy stworzyłem listę interesujących mnie tytułów, zapuściłem się w gąszcz regałów, półek i szafek, aby rozpocząć polowanie. Po odnalezieniu większości tytułów z listy zacząłem z czystej ciekawości przeglądać regały w poszukiwaniu innych pozycji, które mogłyby okazać się pomocne. Bardzo szybko się zaczytałem i dopiero po jakichś dwóch minutach zdałem sobie sprawę z tego co robię.

A mianowicie siedziałem na podłodze pomiędzy dwoma regałami, opierając się plecami o jeden z nich, obok niedbale rzuconego plecaka i kurtki z książką w rękach. Rozejrzałem się dookoła i dostrzegłem to, co moja podświadomość musiała dostrzec już wcześniej skoro tak szybko się zaczytałem – w bibliotece panowała kompletna, niczym niezmącona cisza. Nie był to jednak brak jakiegokolwiek dźwięku, który czasem dudni w uszach czy też przeraża. Była to piękna cisza pośród której przyjemnie się siedziało. Zupełnie jakby powietrze wokół trochę zgęstniało i tłumiło oraz spowalniało wszystko dookoła. A propos mojego otoczenia – światło słoneczne przebijało się przez delikatnie przyciemniane szyby i padało na regały ze stosami książek co skutkowało delikatnym cieniem, idealnie nadającym się do czytania: kartki nie raziły bielą w oczy, ale jednocześnie było wystarczająco dużo światła, aby móc komfortowo czytać.

Pogoda za oknem była naprawdę niesamowita. Okna w naszej bibliotece są ogromne – to wręcz ściany samego budynku. W połączeniu ze scenerią po drugiej stronie, wewnątrz budynku promieniało. Nie tylko Słońce rozświetlało pomieszczenia – wydawało się jakby idealnie bezchmurne i błękitne niebo również świeciło swoim blaskiem, dodając złotawemu światłu Słońca błękitnej nutki.

Siedząc tak wsparty plecami o regał, wpatrując się w życie toczące się za gmachem biblioteki, stwierdziłem, że pomimo złej sławy tego budynku (przecież to biblioteka! Kojarzy się z uczeniem!) bardzo miło się tutaj siedzi w takich warunkach. Większość osób pewnie by się ze mną nie zgodziło, preferując spacery w parku czy gry w piłkę. Szczerze mówiąc, możliwe, że sam bym się ze sobą nie zgodził. Ale zazwyczaj w taką pogodę zachowywałem się jak większość ludzi – nie myślałem nawet o podróży do takiego miejsca jak biblioteka i wybierałem, jak mogłoby się zdawać, przyjemniejsze czynności. Przez to właśnie nie mogłem nawet ocenić, czy też docenić, jaka fantastyczna atmosfera panuje w miejscach, które pustoszeją podczas takiej pogody.

A przecież to takie oczywiste. Aleja w parku otoczona drzewami, przytulona do spokojnego strumyka, ma swój urok niezależnie od pogody. W zimę uroku dodaje tej scenerii spokojnie prószący śnieg i spokój zamarzniętego strumienia. Jesienią również urzeka nas spokój, ale to głównie dzięki wszechobecnemu kolorowi złota i dywanowi liści pod nogami. Wiosną i latem spokój oddaje miejsca ożywieniu i miejsce nabiera większej gamy kolorów.

Podobnie z miejscami takimi jak biblioteka. W dni gdy pogoda nie zachęca do uprawiania sportów na świeżym powietrzu, biblioteka może przyciągać studentów gdyż kiedyś ją w końcu odwiedzić trzeba. Panuje tam wtedy wiosenno-letni klimat: wszędzie jest pełno ludzi, którzy rozmawiają, krzyczą, biegają i śmieją się. Wszystko nabiera nowych barw i ruchu.

Z kolei gdy za oknem robi się bardziej słonecznie, budynek biblioteki pustoszeje i pomieszczenia wypełnia klimat bliższy jesieni czy zimy. Wszystko zamiera, robi się cicho i spokojnie, czasem wręcz monotonnie.

Paradoksalnie, w bibliotece panuje klimat jesienno-zimowy gdy za oknem panuje wiosenno-letni i odwrotnie. Wygląda na to, że gdzieś te pory roku muszą się podziać gdy aktualnie nie panują w danym mieście.

Podsumowując, spędziłem dzisiaj w bibliotece sporo czasu – o wiele więcej niż planowałem. Plecak napełniłem książkami, które czekają teraz na dokładniejszy przegląd leżąc w rogu pokoju. Trochę żałuję, że tydzień wolnego już się kończy. Nie tylko dlatego, że kończy mi się wolne, ale też dlatego, że gdy będę szedł oddać te książki, klimat w bibliotece zapewne ulegnie zmianie. I kto wie czy będę mógł znów zanurzyć się w tym gęstym powietrzu tłumiącym rzeczywistość i wpatrywać się w strony różnorakich książek skąpanych w złotawo-błękitnym świetle Słońca i nieba.

Jak opisujesz książki, które posiadasz?

Książki o książkachNatknąłem się niedawno w Internecie na ciekawą dyskusję. Chodziło otóż o to, czy istotne jest, gdy mówimy o książkach, aby dodawać, oprócz tytułu i autora, jaka to książka:

  • miękka okładka
  • twarda okładka
  • okładka ze skrzydełkami
  • eBook

Przy czym w sprawie eBooka sprawy się komplikują jeszcze bardziej ponieważ można też rozróżnić w jakim formacie jest książka oraz na czym czytana (Kindle, iPad, itd.).

Jedna strona dyskusji twierdzi, że nieistotne jest jaką książkę posiadamy i nie trzeba tego wyszczególniać. Ich argumentem jest to, że książka to książka – liczą się słowa, a nie oprawa czy format. Muszę trochę racji tej stronie przyznać chociaż generalnie rzecz biorąc nie zgadzam się w całości.

Książka niekoniecznie jest tylko książką

Pisałem już o tym wcześniej – dla mnie czytanie książki to nie tylko pożeranie słów. To ogólne interakcje z książką – przekładanie stron, odczuwanie zapachu papieru, komfort trzymania w rękach…

Tak więc chociaż słowa są istotnie najważniejszym komponentem książki, nie są jedynym, który wpływa na ogólną jakość i radość z użytkowania. Przynajmniej dla mnie.

Czy uważam zatem, że powinno się rozróżniać jakie książki czytamy? Myślę, że tak chociaż tylko jeżeli ma to znaczenie w dyskusji – inaczej moglibyśmy zostać posądzeni o nieustanne chwalenie się tabletem gdybyśmy powtarzali za każdym razem na czym czytamy nasze książki.

A kiedy może mieć to znaczenie w dyskusji? Jeżeli rozmowa trzyma się wyłącznie treści zawartych w książce, ustalanie kto czytał jaką wersję jest raczej zbędne. Jednak gdy rozmowa zaczyna wybiegać poza samą treść książki, określenie tego aspektu może być istotne. Chociażby dlatego, powtarzam tutaj argument jednej ze stron z artykułu, że gdy polecimy komuś cytat z danej strony książki, numery stron mogą różnić się w różnych wydaniach – szczególnie w wersjach elektronicznych, gdzie na przykład w iPadzie dana strona może mieć różny numer, zależnie od tego czy trzymamy urządzenie w pionie czy w poziomie.

(zdjęcie wykonane przez jm3)

Aktualizacja praw autorskich oraz polityki prywatności

Może niektórych dziwić, że tak prosty i mały blog jak mój ma stronę przeznaczoną do wyszczególnienia praw autorskich oraz polityki prywatności. Lubię jednak być dokładny i stwierdziłem, że nie zaszkodzi wyszczególnić parę punktów na podstawie których inne osoby mogą wykorzystywać moją pracę oraz w paru punktach wyszczególnić sposób w jaki ja wykorzystuję pracę innych.

Dodałem również politykę prywatności ponieważ na blogu działa oprogramowanie, które pozwala mi na analizę wizyt użytkowników. Krótki tekst polityki prywatności opisuje jak zbierane są informacje o Tobie oraz do czego ich używam.

Ogólnie rzecz biorąc, strona ta jest raczej bardziej formalna niż praktyczna i wątpię, aby była często odwiedzana. Wolę jednak, aby była.

Wyświetl prawa autorskie oraz politykę prywatności.

Emotikony a interpunkcja

Jakiś czas temu na Poradni PWN o której pisałem już wielokrotnie, powstała ciekawa dyskusja. Na początek przytoczę odpowiedź Mirosława Bańko na pytanie czy po emotikonach powinno się stawiać kropki i inne znaki interpunkcyjne:

uważam, że tradycyjnej interpunkcji nie należy mieszać z emotikonami (tzn. po różnych „buźkach” kropki, pytajnika itp. już bym nie stawiał)

Zadane też było pytanie czy powinno się emotikony oddzielać od reszty tekstu spacją. Krótka odpowiedź: raczej tak. Ja również zawsze byłem tego zwolennikiem – uważam, że w ten sposób tekst wygląda o wiele czytelniej.

Jako ciekawostkę dorzucę pochodzenie słowa emotikon:

Emotikon: błędnie uważa się, że wyraz ten został utworzony z połączenia emotion i icon, choć pochodzi nie od icon, lecz console, w skrócie con. Konsola (klawiatura + ekran) jest nośnikiem owych emocji przekazywanych w tekście. Słowo konsola jest silnie zakorzenione w tradycji systemu operacyjnego Unix, pod kontrolą którego pracujące komputery umożliwiały użytkownikom dostęp do internetowych grup dyskusyjnych (Usenet), gdzie właśnie narodził się zwyczaj stosowania emotikonów.

Oraz, aby wyczerpać temat, zacytuję inną odpowiedź, która rozwiała moje wątpliwości w innej kwestii:

Szanowni Państwo, czy jeżeli zdanie kończy się ujętym w cudzysłów wykrzyknieniem, to czy między nim a kolejnym zdaniem należy postawić kropkę? Np. …ale w końcu wrzucił je do skrzynki, mówiąc: „Zwyciężę!”(.) Był to okrzyk fatalistyczny, który częściej ludzi gubi, niż ocala. Łączę pozdrowienia W takim zdaniu, jakie Pan podał, kropka jest potrzebna. Gdyby jednak zdanie wykrzyknikowe (albo pytajne) ujęte w cudzysłów było samodzielne, to po zamykającym cudzysłowie nie postawilibyśmy już kropki, np. …ale w końcu wrzucił je do skrzynki. „Zwyciężę!” Był to okrzyk fatalistyczny, który częściej ludzi gubi, niż ocala. Zob. A. Wolański, Edycja tekstów, s. 190–191.

Naprawdę gorąco polecam subskrypcję kanału RSS Poradni. Opublikowali nawet wytłumaczenie czym jest RSS dla osób, które nie miały z tym styczności.