OS X Mountain Lion ogłoszony

OS X Mountain Lion

Jako szczęśliwy użytkownik niektórych sprzętów Apple cieszę się niezmiernie czytając planowane nowości. Jako zorganizowany człowieczek, cieszę się jeszcze bardziej widząc jak dalece idzie synchronizacja różnych sprzętów.

Jednak jednocześnie martwię się też ponieważ grozi nam monopol Apple. A jakikolwiek monopol, nie ważne jak dobrej czy lubianej firmy, nie jest czymś dobrym. Dlatego chociaż nie przepadam za większością sprzętów czy produktów konkurencji, w tym na przykład za systemem operacyjnym Android, po cichu im zawsze kibicuję, aby Apple nie osiągnął monopolu. Google aktualnie ma monopol jeżeli chodzi o większość serwisów internetowych i z tego również wcale się nie cieszę.

Problem z tym wszystkim jednak jest taki, że jeżeli wszystkie zainteresowane firmy będą funkcjonować jak do tej pory – Apple niesamowicie dobrze, reszta bardzo średnio – to moje obawy mogą stać się rzeczywistością.

Publikacja „Mojej biblioteczki”

Od jakiegoś czasu pracowałem, aby umieścić na jednej stronie książki, które przeczytałem (i dla których posiadam jakieś bardziej szczegółowe informacje). Dzisiaj skończyłem pracę nad ową stroną i pomyślałem, że to ogłoszę ponieważ strona jest trochę schowana na blogu i niknie w ilości innych podstron.

Tutaj znajduje się link do mojej biblioteczki. Będę umieszczał tam książki, które przeczytałem, które mnie znudziły i które przestałem czytać oraz te, które chciałbym przeczytać.

Skąd pomysł na stronę?

Głównie po to, aby odwiedzające mnie osoby mogły zapoznać się z listą książek, które przeczytałem (oraz z ich ocenami) i ewentualnie zasugerować mi nową pozycję na podstawie tego co mi się spodobało, a co nie. Drugim powodem była po prostu chęć skatalogowania książek, które czytam.

Dla ciekawskich: używam aplikacji ReadMore na telefon iPhone, aby śledzić swoje sesje czytelnicze. Jeżeli chodzi o telefony z systemem Android, to twórca ReadMore poleca aplikację ReadTracker.

Miesiąc bez Facebooka?

20120213-131618.jpg Facebook. Wydaje się, że to zwykła strona internetowa, którą od czasu do czasu odwiedzamy, na której zamieszczamy swoje zdjęcia, poprzez którą rozmawiamy ze swoimi znajomymi. Zadaj sobie jednak pytanie – jak często zaglądasz na tą stronę? Raz w tygodniu? Wątpię. Kilka razy w tygodniu? Myślę, że częściej. Codziennie? No, to już bliższe prawdy chociaż większość z nas sprawdza co nowego u znajomych raczej jeszcze częściej – kilka razy w ciągu jednego dnia.

Po zadaniu sobie tego pytania wpadłem na pewien pomysł, a mianowicie na pomysł eksperymentu. Otóż planuję sprawdzić jak bardzo nasze życie uzależniło się od tego serwisu. Jak zamierzam to zrobić? Facebook oferuje opcję tymczasowego wyłączenia konta. Zamierzam z tego skorzystać – na jeden miesiąc.

Co zamierzam sprawdzić?

Ogólnie mówiąc – jak bardzo jesteśmy od tego serwisu uzależnieni. Bardziej szczegółowo – chcę sprawdzić ilu moich znajomych tak bardzo polega na „systemie komunikacji Facebookowej”, że będzie miało problem ze skontaktowaniem się ze mną przez ten miesiąc (O, nie mogę wysłać Pawłowi wiadomości na fejsie, to wyślę mu maila. Ale zaraz, jaki on ma adres? E, to napiszę mu SMSa. Hmm, tylko gdzie ja podziałem jego numer…).

Inną ciekawą rzeczą do sprawdzenia będzie to ile ominie mnie przyjęć urodzinowych, wspólnych wypadów do pubu i innych. Bo przecież na Facebooku tak łatwo kogoś zaprosić, nie trzeba się nawet zbytnio zastanawiać kogo zapraszamy. Zaznaczamy parę ptaszków na odwal i wysyłamy wiadomość. Okaże się na które przyjęcia zostałem zaproszony „po prostu”, a na których przyjęciach naprawdę byłbym mile widziany ;-)

Znajomym z niebieskiego serwisu przypominam o podstronie Kontakt na tym blogu. Szczęśliwym przypadkiem miesiąc przerwy od Facebooka obejmie okres w którym muszę oddać parę zaliczeń na zajęcia, a więc wychodzi na pożyteczne z pożytecznym :-)

JU: Pinboard

Pisałem wcześniej o serii wpisów JU (Ja Używam). Nazwa nie jest może doskonała, ale seria służy do wyszczególniania wpisów w których opisuję programy bądź serwisy, których używam i, które mogę polecić.

20120209-010754.jpg

Dzisiaj przyszła pora na serwis Pinboard. Jeżeli znasz serwis Delicous to wiesz już czym jest Pinboard. Otóż oba serwisy umożliwiają tworzenie kolekcji bądź też biblioteki linków online. Linki możemy tworzyć ręcznie poprzez wpisywanie adresu oraz nazwy lub możemy używać skryptozakładki do przeglądarki, aby ułatwić sobie trochę pracę. Pinboard jest też zintegrowany z wieloma aplikacjami mobilnymi.

Po dodaniu linku do naszej kolekcji, możemy być pewni, że już go nie zgubimy – serwis jest oparty na trzech zasadach:

  1. Brak utraty danych.
  2. Niesamowita szybkość.
  3. Użyteczne narzędzia dodatkowe.

Po co więc nam taki serwis? Aby tworzyć swoją biblioteczkę ulubionych linków do których mamy dostęp niezależnie od komputera z którego korzystamy! Linki możemy organizować używając tagów, możemy czynić je prywatnymi, możemy wszystko wyszukiwać.

A co ciekawe, za drobną roczną opłatą, mamy dostęp do archiwizacji. Polega to na tym, że mamy nieograniczony dostęp nie tylko do linków, które zapisaliśmy, ale również i do zawartości tych linków. Tak – strona, którą dodaliśmy do biblioteczki zostaje zapisana na zawsze, nie ważne czy oryginał zostanie usunięty czy nie, kopia pozostaje. Idealne narzędzie dla dziennikarzy lub blogerów, którzy potrzebują szybko zapisać jakąś informację na stałe.

Niestety, serwis jest płatny. Archiwizacja jest dodatkiem opcjonalnym, za który płaci się co rok. Dołączenie do samego serwisu wiąże się z jednorazową opłatą wynoszącą około $10. Dużo? Delicious jest darmowy? Może i jest darmowy, ale nie oferuje tylu funkcji połączonych z taką prostotą.

Jako ciekawostkę dodam, że założycielem serwisu jest Polak, Maciej Ceglowski. Sam serwis naprawdę polecam, zapłaciłem opłatę za dołączenie i ani trochę nie żałuję – dodaję nowe linki do swojej biblioteki prawie codziennie. Nie korzystam na razie z funkcji archiwizacji, ale myślę, że niedługo i to mnie skusi.

Pinboard

Witaj, świecie! Wielkie zmiany na Plogu

Ja chyba jednak coś mam do okresowego grzebania w wyglądzie tego bloga – co jakiś czas nachodzi mnie ochota, aby kompletnie przeredagować bloga i wszystkie jego aspekty – motyw graficzny, sposób pisania, tematykę oraz techniczne zabawki działające w tle, nie widziane przez czytelników.

Cztery dni temu ten czas nadszedł ponownie. Tym razem oszczędziłem jednak tematykę chociaż planuję zmienić trochę styl pisania, a szczególnie starać się, aby blog był trochę bardziej kolorowy oraz żywy. Najlepszym przykładem tego jest ten gigantyczny obrazek nad tekstem – wcześniejsza wersja bloga nie zawierała żadnych obrazków poza moim zdjęciem i awatarem, podczas gdy tutaj na samo „dzień dobry” ładuje się ten kolos.

Co było powodem do zmiany? To, że nie mogłem sprawić, aby wersja mobilna bloga działała jak należy. Przesiadując nad kodem strony coraz bardziej zdawałem sobie sprawę, że nie jestem do końca zadowolony z oprawy graficznej i sposobu działania bloga. Podczas tworzenia stron moim celem zawsze jest prostota i piękno połączone z funkcjonalnością. Stara wersja bloga może i wyglądała na prostą jednak z biegiem czasu musiałem dodawać coraz to więcej linijek kodu, aby utrzymać wszystko w kupie.

Zainteresowałem się więc tak zwanym responsive design. Ten sposób tworzenia stron internetowych cechuje się tym, że daną stronę można oglądać na praktycznie każdym medium, a pozostanie ona czytelna i atrakcyjna. Czy udało mi się spełnić ten cel? Jeżeli czytasz to używając komputera, spróbuj drastycznie zmniejszyć szerokość okna przeglądarki i oceń sam :)

Jest to chyba największa zmiana na moim blogu od kiedy przestałem go tworzyć ręcznie, odkrywając świat oprogramowania do blogów (ach, stare czasy!). Webmastering traktuję jako hobby do którego siadam tylko jeżeli nie mam nic innego do roboty. Jestem też samoukiem i uczę się na błędach. Dużo wiedzy nadal mi brakuje, ale niech mnie – jestem bardzo zadowolony z tej wersji!

W tej chwili w tle działa wiele zabaweczek z których również jestem bardzo zadowolony. Sam blog nadal opiera się na platformie blogowej WordPress. Analizą wizyt użytkowników zajmuje się standardowo Piwik. Piszę przy użyciu Markdown. Do tego dochodzą wtyczki do WordPress’a, które mają różne zadania – od tak skomplikowanych jak utrzymywanie bezpieczeństwa, do tak prostych jak poprawne wyświetlanie polskiej daty. To jednak nie wszystko. Nie mogę pominąć najnowszej, pachnącej jeszcze świeżością zabaweczki.

Skeleton. Ta świetnie zorganizowana i gotowa do użycia struktura, czy też wręcz szkielet, jest w dużym stopniu odpowiedzialna za aktualny wygląd bloga oraz całkowicie odpowiedzialna za jego mobilność i reakcję na medium w jakim strona jest wyświetlana. Wspominałem wcześniej o eksperymencie, który możesz przeprowadzić – siedząc przy komputerze zmień szerokość okna przeglądarki – układ graficzny zareaguje natychmiast. Obrazek się zmniejszy, tekst dostosuje się do dostępnego miejsca, a pomniejsze elementy przesuną się, aby zachować odpowiednie odstępy.

Jak widać lista zmian jest imponująca. Do wersji na komórkę oraz na tablet, na duże i małe ekrany dochodzi jeszcze wersja do druku, która nie jest może dzisiaj już zbyt często używana, ale jest niesamowicie prosta i skupiona całkowicie na tekście, który chcemy przeczytać. A skoro mówimy już o wersji strony skupionej całkowicie na tekście – zintegrowałem bloga z serwisem Instapaper (przyciski widoczne na końcu każdego wpisu „Przeczytaj później”). Jeżeli jeszcze nie posiadasz tam konta – gorąco zachęcam!

Najbardziej nieprawdopodobne jest to w jak krótkim czasie udało mi się to wszystko osiągnąć. Niecałe cztery dni temu zacząłem pracować nad zmianami. To głównie dzięki strukturze Skeleton udało mi się zrobić to tak szybko. Sądziłem, że używanie tego narzędzia będzie bardzo skomplikowane i stracę dużo czasu na naukę. W rzeczywistości już po 15 minutach rozumiałem jak to działa i zabierałem się do pracy. Niesamowite.

Na tym kończę pierwszy wpis nowej wersji bloga. Bloga, który ze starą wersją ma niewiele wspólnego, oprócz treści, nazwy oraz – oczywiście – autora. Witam na nowym blogu – Plogu – w nowej oprawie graficznej: Szary Czytelnik.

O ACTA. Ale z innego punktu widzenia

Z wiadomości, których słucham w radiu bądź czytam w serwisach internetowych, od kilku dni cała Polska protestuje przeciwko ACTA. Staram się nie poruszać na tym blogu kwestii politycznych (bo nie lubię ich komentować) dlatego też i tym razem powstrzymam się od komentarza. Niemniej, sprawa wydaje mi się interesująca pod innym kątem.

Otóż robiąc sobie dzisiaj śniadanie słuchałem audycji w radiu Tok.fm. Dziennikarka prowadząca audycję poruszyła kwestię, która i mnie nurtowała od jakiegoś czasu. A mianowicie: ciekawe ile z protestujących osób w ogóle przeczytało tą ustawę? Strzelałbym, że mniej niż 1% protestujących. Tutaj muszę się przyznać, że ja również jej nie przeczytałem, chociaż zamierzam się do tego zabrać dzisiaj czy jutro (praca licencjacka skutecznie ogranicza mój czas wolny).

Nie twierdzę tutaj, że protestujący robią źle protestując. Nie komentuję tutaj również treści ustawy – jak wspomniałem na początku, to nie jest blog polityczny i to w jaki sposób reaguję na wydarzenia tej natury nie są i nie będą tutaj opisywane (innymi słowy: to co sądzę o tej ustawie to moja sprawa) – ale zaskakujące jest to, jak łatwo wyciągnąć ludzi na ulice.

Wiem, że w Internecie jest masa filmików, które mają za zadanie wytłumaczyć istotę ACTA, i muszę powiedzieć, że są dość przejrzyste. Ale to nadal jest jedynie czyjaś interpretacja tej ustawy. A co gorsza – nie wiemy czyja. Nadal mimo wszystko nie usiedliśmy przy herbatce, nie odpaliliśmy laptopa i nie przeczytaliśmy samego papieru ustawy. Jedyne co czytamy to interpretacje, które, co jest równie interesujące chociaż niestety trochę przerażające, mogą być wzorowane na niedawno odroczonej legislacji Stanów Zjednoczonych (SOPA i PIPA). A skąd wiadomo, że te ustawy są podobne? Ja nie przeczytałem ani SOPA, ani PIPA ani ACTA ;>

Każdy uważa Internet za swoją własność i dlatego tak wiele ludzi agresywnie reaguje na ACTA (czy też wcześniej SOPA i PIPA). Czujemy, że odbiera nam się coś, co należy do nas. Odbiera bądź bardzo mocno ogranicza. I dobrze, że ludzie protestują (ops, jednak coś skomentowałem!). Pokazuje to, że ludzie nie zapominają, że w dużej gromadzie mają jakiś głos przeciwko decyzjom rządu. Na tym polega demokracja. I z tego co czytam, protestacje przebiegają w miarę spokojnie co cieszy jeszcze bardziej.

Co jednak mnie martwi, to to, że tych ludzi na ulicach do protestu nakłoniła czyjaś interpretacja ustawy, a nie ich własne przemyślenia. Przecież tak łatwo coś przeinaczyć, przekręcić w jakimś tam filmiku na YouTube. Przecież jest wielu ludzi, którzy dla dziwnej satysfakcji chcą wywołać chaos i zamieszanie. Do tego dochodzą ataki Anonimowych na strony internetowe rządu – dużo się dzieje, a więc każdy chce w tym uczestniczyć.

Co więc bym sugerował? Przeczytanie tej ustawy samodzielnie, na spokojnie. Następnie przemyślenie wszystkiego – samodzielnie – i wyrobienie sobie zdania na jej temat. Nie sugerujmy się niepotwierdzonymi interpretacjami, które używają ogólników zamiast twardych faktów z referencjami do ustawy. Dla zainteresowanych takim wyjściem właśnie (a więc i dla siebie) znalazłem dwa przydatne dokumenty:

  • ACTA Factsheet – skrócony opis ACTA, który obiecuje obiektywnie przedstawić skrócony opis ustawy, bez interpretacji (po angielsku).
  • Pełen tekst ACTA – pełna wersja ustawy, zawierająca 25 stron (po angielsku).

Elektroniczne gadżety odporne na wodę? Chyba już niedługo

Jak możemy przeczytać (i obejrzeć) na tej stronie, wygląda na to, że już niewiele dzieli nas od elektroniki, której nie przeszkadza woda.

Wygląda ciekawie chociaż z powodu braku bardziej szczegółowych informacji ciężko zrozumieć na jakiej zasadzie to właściwie działa. Jednak nie wątpię, że to tylko kwestia czasu aż będę mógł z czystym sumieniem wskoczyć do basenu, zapominając, że w kieszeni kąpielówek mam telefon komórkowy.

Przy okazji warto wspomnieć o drugiej ciekawej koncepcji, której rozwiązania zawsze oczekiwałem – bezprzewodowe ładowanie urządzeń elektrycznych. Technologia podobno jest już stosunkowo rozwinięta, należy teraz tylko dostosować ją do masowego użytkowania.

O noszeniu okularów

Moi znajomi na pewno doskonale pamiętają, że mam wadę wzroku (chociaż jakiś czas temu dowiedziałem się, że dwójka moich współlokatorów wspólnie zastanawiała się czy ja noszę okulary – a noszę je nieustannie od końca szkoły podstawowej). Noszenie okularów z pewnością wielu osobom przywodzi na myśl wiele niedogodności związanych z koniecznością nieustannego trzymania na nosie dwóch szkiełek oprawionych w kawałek plastiku.

Przyznać tutaj muszę, że noszenie okularów jest czasem udręką. Bez nich nie widzę zbyt wyraźnie (jestem krótkowidzem – moja wada to około minus dwa), a muszę je zdejmować do uprawiania większości sportów. Do tego muszę na nie uważać po zdjęciu – nie mogę ich po prostu rzucić gdzieś na ziemię (raz już zdeptałem własne okulary ;)).

Noszenie okularów ma jednak swoje zalety. Nie jest to jednak wpis gdzie zamierzam opisywać te oczywiste zalety. Dzięki okularom my, okularnicy, możemy z powrotem widzieć świat w ostrych konturach – czyli taki, jakim jest (a przynajmniej taki, jaki jego obraz przedstawia nam nasz mózg). Do tego odpowiednio dobrane okulary mogą być dodatkiem do ubrania, wyrażaniem swojego stylu. Nie wspominając już o tym, że mogą też być przydatnym akcesorium – tak zwane fotochromy, czyli szkła, które samoczynnie przyciemniają się w obecności promieni słonecznych, są dla mnie istnym wybawieniem ponieważ już od dawna nie muszę się przejmować czy mam przy sobie okulary przeciwsłoneczne.

Ale! Obiecywałem, że nie będę się rozpisywał na temat oczywistych zalet noszenia okularów ponieważ je mniej więcej każdy jest w stanie wymienić samodzielnie. Ja chciałbym opisać inną zaletę noszenia okularów, a raczej, nie-noszenia okularów. Innymi słowy – zalety posiadania wady wzroku.

Poproszę teraz wszystkich Czytelników, którzy noszą okulary o ich zdjęcie. Co widzicie? Można by powiedzieć, że po części inny świat – świat do którego tylko my mamy wstęp. Świat, który niby jednym słowem można opisać jako rozmazany jednak jest to często okrutna generalizacja.

Gadam głupoty? Nie sądzę. Otóż gdy ostatnio stałem wieczorem w miejscu z którego mogłem obserwować świetlistą panoramę pewnego miasta, byłem – jak zwykle – niezwykle zaintrygowany tą żywą grą świateł i światełek. Szybko przemijające światła samochodów przeplatające się z małymi punkcikami świateł latarnii ulicznych. Pojawiające się i znikające światła zapalane w domach, widziane przez kwadratowe okna. Nad wszystkim czuwający przelatujący nieopodal samolot, który dziurawi ciemne jak smoła niebo czerwonymi i białymi światełkami. Obraz jest niezwykle ostry i żywy.

I wtedy zdecydowałem się zdjąć na chwilę okulary. Moim oczom ukazał się świat zupełnie inny lub może ten sam, lecz jakby z innego wymiaru. To, co było żywe – takie pozostało. Ostre jednak zmieniło się na gładkie i łagodne. Każde światełko, nie ważne jakiego koloru oraz czy poruszające się czy nie – otoczone zostało delikatną mgiełką światła. Ruch stracił swoją ostrość, przez co zdawało się jakby zamierał i zwalniał, a mgiełka otaczająca każde źródło ruchomego światła rozmywała się jeszcze bardziej i zostawiała delikatną smugę zanikającego światła.

Jest to zupełnie inny świat, którego mogę doświadczyć jedynie dzięki skromnej wadzie mojego wzroku. Świat, który można zaprezentować poprzez wykonanie rozmazanego zdjęcia, ale to nie o rozmazanie tutaj chodzi. Tutaj chodzi o gładkość i ruch. I możliwość łatwego przechodzenia pomiędzy światami.

Okulary… Para soczewek wbudowanych w kawałek plastiku bądź metalu. Stworzone i noszone po to, aby korygować miejsce skupiania się światła w soczewce oka. Z racji ilości czasu jakie spędzamy przed urządzeniami elektronicznymi, coraz więcej ludzi musi udać się do optyka po odbiór tego naszyjnika na czoło. Nie powinno to być jednak postrzegane przez nikogo jako klątwa. To po prostu zaproszenie do nowego wymiaru naszego świata!

Mała aktualizacja wyglądu

Powinienem w tej chwili być zajęty pisaniem raportu na zaliczenie, ale jak wiadomo w takich momentach nagle człowiek doznaje olśnienia i ma chęć do pracy nad innymi rzeczami.

Na szczęście raport jest już praktycznie skończony więc mogłem bez większego niebezpieczeństwa posiedzieć nad blogiem. Zmieniłem parę rzeczy. Na przykład już parę dni temu dodałem krótki opis bloga pod logiem oraz zmieniłem wygląd menu. Zająłem się także zachowaniem lewej strony bloga – teraz jedynie stopka porusza się po ekranie w trakcie czytania, podczas gdy logo i menu zostają na górze. Myślę, że będzie to mniej rozpraszające podczas lektury, a jednocześnie najważniejsze narzędzia – link do powrotu na początek strony oraz wyszukiwarka – będą zawsze pod ręką.

Zmieniłem również parę rzeczy „pod maską” o których dużo nie będę mówił, ale sądzę, że teraz blog powinien się lepiej wyświetlać na większości komputerów. Jednak jak zawsze czekam na uwagi i sugestie :-)

A propos wyświetlania się – blog w końcu doczekał się wersji mobilnej. Już od dawna nie mogłem patrzeć jak brzydko to wyglądało gdy logo wjeżdżało na tekst, utrudniając czytanie. Teraz cały blog powinien wyglądać o niebo lepiej na małych ekranach chociaż jeszcze czekają mnie testy na komórkach o różnej wielkości ekranu.

Dodanie wsparcia dla małych urządzeń wymagało przejścia z CSS 2.1 na CSS 3. Przejście było bardziej symboliczne ponieważ kod praktycznie się nie zmienił. Chodzi tylko o to, że CSS 2.1 ma problemy z linijkami kodu odpowiedzialnymi za wsparcie urządzeń mobilnych, a więc, aby sprawdzać poprawność kodu należy ręcznie wskazać wersję CSS 3 zamiast 2.1. Niestety aktualnie nie ma opcji, aby robić to automatycznie.

Ze zmian to raczej wszystko. Pora wrócić teraz do pisania raportu bo wykładowcy raczej nie będą oceniać mnie za czas spędzony nad tym blogiem :>

Potrafiłbyś opisać wschód słońca?

Wyobraź sobie na chwilkę, że spotykasz osobę z zupełnie innego wymiaru, osobę spoza naszego świata i wszechświata. Osoba ta, która nie zna niczego co ziemskie, pyta Cię jak wygląda wschód słońca i czym jest. Co odpowiadasz? Zastanów się dobrze zanim przeczytasz mój opis. Uważam, że takie opisywanie zjawisk tak dobrze nam znanych pozytywnie wpływa na nas, nasze postrzeganie świata i wrażliwość na jego wdzięki.

Już się zastanowiłeś? Jeżeli tak to przeczytaj moją propozycję.

Dla mnie wschód słońca jest nagłym przypływem fali pięknego światła. Fali, która leniwie rozlewa się po horyzoncie, przepędzając precz mrok. Fali, która daje nadzieję na lepszy dzień.

Fali, która po zetknięciu się z człowiekiem powoduje niespodziewany przypływ ciepła. Nie jednak zwykłego ciepła, które odczuwamy na skórze. Wewnętrznego ciepła, które czujemy głęboko w sobie, i które, podobnie jak światło wschodzącego słońca, powolną falą rozlewa się po naszym ciele. A gdy nas owe ciepło wypełnia po brzegi, powoduje uśmiech. Uśmiech, który promienieje radością i wywołuje inne uśmiechy.

Tak rzadko chce nam się wstać na tyle wcześnie, aby podziwiać wschód słońca. Jednak gdy przypadkiem, niechcący znajdziemy się we właściwym miejscu o właściwym czasie, widok ten, pomimo, że zawsze niby identyczny, zawsze jest inny. A to dlatego, że niesie ze sobą inne nadzieje i przegania inne smutki niż dzień wcześniej.

Napisałem kiedyś wiersz o tym w jaki sposób czas leczy rany. Sądziłem wtedy, że to jedyne lekarstwo na nasze smutki. Po części miałem rację, a po części się myliłem. Czas co prawda leczy rany, ale jest najbardziej brutalną formą lekarstwa. Zamknij załamanego człowieka w celi odciętej od świata, a albo zwariuje albo pogodzi się z bólem – tak czy siak pozbędzie się smutku.

Wschód słońca jest symbolem przemijania czasu, jednym z wielu. Przedmioty z którymi mamy do czynienia na co dzień najczęściej wcale tak jasno nie obrazują bezpowrotnego przemijania chwil, a czasem wręcz starają się tuszować ich przepływ przez oś czasu. Wyjątkiem tutaj mogą być zegarki jednak dawno już przestały być symbolem czasu – teraz służą nam wyłącznie do określania go. Kiedy Ty, drogi Czytelniku, ostatni raz pomyślałeś o tym, że czas mija bezpowrotnie gdy spojrzałeś na zegarek? Na pewno bardziej byłeś zajęty określeniem ile czasu masz do następnego spotkania. Jak my wszyscy.

Odbiegłem jednak delikatnie od tematu. Jak wspomniałem, wschód słońca jest symbolem przemijania czasu. Patrząc na niego zdajemy sobie sprawę, że każdy centymetr, które światło słońca zdobywa na horyzoncie odpowiada jakiejś ilości ziarenek piasku, które przesypały się z jednej bańki do drugiej w naszej klepsydrze życia.

Smutne? Niekoniecznie. Pokazuje to, że nie powinniśmy tracić czasu na przejmowanie się mdłymi smutkami i wykorzystać następny wschód słońca na uzbrojenie się w nową nadzieję. Pozwolić jego świetlistym promieniom przegnać smutki i mrok.

Wpis ten początkowo miał traktować jedynie o opisie wschodu słońca. Gdy zauważyłem, że trochę mnie poniosło i rozpisałem się, chciałem podzielić ten wpis na dwa. Zdałem sobie jednak sprawę, że na początku wpisu zadałem dwa pytania, nie jedno:

jak wygląda wschód słońca i czym jest?

Przypadkiem bo przypadkiem, choć szczęśliwym, wydaje mi się, że odpowiedziałem na oba pytania.