Moja mini-podróż
Pracę jako praktykant w Citi Handlowy zakończyłem oficjalnie dzisiaj (więcej o tym na blogu niebawem). Ponieważ w poniedziałek już wylatuję z powrotem na studia, wolę znaleźć się w rodzinnym mieście jak najwcześniej, aby mieć czas na pakowanie.
W pracy sprawdziłem o której i skąd odjeżdża PKS do mojego miasta. Dworzec Centralny 04 o 17:35. Ok, pasuje idealnie. Wyszedłem wcześniej z pracy, dotarłem do mieszkania brata, skończyłem się pakować i poleciałem do metra. I tak właśnie zaczęła się moja mini-podróż z przygodami.
Dojechałem do metra Centrum więc skierowałem się w stronę dworca. Tutaj muszę zatrzymać się, aby opisać jak wyglądałem maszerując dziarsko w cieniu Pałacu Kultury. Otóż ponieważ przez te dwa i pół miesiąca praktyk, nazwoziłem do brata trochę rzeczy, głównie ubrań, miałem problem z pakowaniem. Ostatecznie wszystko się zmieściło, ale dosłownie byłem obwieszony torbami: wielki, czerwony plecak na plecach, mała niebieska torba typu „messenger bag” przewieszona przez ramię oraz niewielka, czarna walizeczka do ręki. To jednak nie wszystko. Ponieważ brakowało mi trochę miejsca, a wiedziałem, że i tak niektóre rzeczy będę chciał mieć podczas jazdy pod ręką, słuchawki do odtwarzacza założyłem na szyję, kabel przeplotłem ze sznurkami od plecaka, a książkę wziąłem do ręki.
Tak właśnie uzbrojony maszerowałem w stronę Dworca, odprowadzany zdziwionymi spojrzeniami przechodniów. Najpierw sporo się natrudziłem, aby znaleźć przystanek oznaczony numerem 04. Widziałem chyba wszystkie oprócz tego jednego. Zdecydowałem się w końcu zajść na sam dworzec i popytać. Pani w informacji wskazała mi drogę, a ja, widząc, że mam jeszcze trochę czasu, chciałem się upewnić czy na pewno dobrze sprawdziłem czas autobusu. Zapytałem się czy wie coś o takim i takim autobusie odjeżdżającej o tej i o tej. Pani szuka i szuka i mówi, że za bardzo nie może znaleźć, że wyskakuje jej jedynie Dworzec Wschodni. Trochę się zdziwiłem, ale ostatecznie podziękowałem i ruszyłem we wskazanym kierunku.
Plecak i torba zaczęły mocniej atakować mięśnie pleców. Na szczęście mogłem oprzeć się o murek, aby trochę je odciążyć i obserwować przystanek. Mija minuta za minutą, a tu żadnego autobusu nie widać. Myślę sobie, że najpewniej spowodowały to warszawskie korki więc czekam dalej. Ale tu nadal nic. Wyjmuję więc telefon, sprawdzam numer na infolinię i dzwonię. Głos ze słuchawki uprzejmie informuje mnie, że PKS do mojego miasta z Dworca Centralnego już nie odjeżdża i powinienem udać się na Dworzec Wschodni. Ot, taka ciekawostka.
Miałem trochę mniej niż godzinę, aby dotrzeć na Wschodni więc biegiem ruszyłem z powrotem do miłej pani z okienka informacji. Powiedziałem jej, że jednak miała rację i żadnego autobusu nie było. Zapytałem się też jak najlepiej i najszybciej dostać się na Dworzec Wschodni. Pociągiem. Myślę sobie, że trochę to ryzykowne bo wszystko jest w budowie, a ja wielkiego doświadczenia w podróżach pociągiem to nie mam. Ale w porządku, pani mi wyjaśniła wszystko oprócz peronu i numeru toru. To musiałem sprawdzić sam bo nie wiedziała.
Ruszyłem więc w stronę peronów, potykając się o rozkruszone pustaki i ślizgając się na skruszonym tynku ścian, przechodząc obok średnio zapracowanych robotników. Znalazłem perony. Ale nadal nie wiedziałem z którego mam jechać. Biegam, szukam i rozczytuję tabliczki, ale nic nie mogę znaleźć. A czas ucieka. Nauczony doświadczeniem, nie pchałem się do okienka informacji do którego kolejka była ogromna, a zagaiłem pana ze zmiotką w ręku, o wiele bardziej zapracowanego niż robotnicy, którzy tak nabrudzili. „Druga w prawo, peron pierwszy, tor piąty.” Ruszam więc zadzierając głowę do góry, aby przyjrzeć się tabliczkom. Zanim zdążyłem dojść do „druga w prawo”, usłyszałem w głośnikach, że mój pociąg zaraz podjedzie na peron pierwszy, tor piąty. Czyli wszystko się zgadza, tylko, że mnie tam jeszcze nie ma. Minąłem w końcu „drugą w prawo” i stanąłem na początku długiego korytarza od którego z prawej strony odchodziły schody ruchome na perony. Oczywiście peron pierwszy był na szarym końcu. Oczywiście.
Obładowany torbami rzuciłem się komicznym biegiem w stronę peronu. Tabliczka, schody, tor. Dotarłem. Ani chwilę za wcześnie bowiem pociąg właśnie podjeżdżał, a jako że był pośpieszny, stał na peronie tylko parę minut.
Moja pierwsza podróż warszawskim pociągiem nie trwała długo. Już po kilkunastu minutach wysiadłem na Dworcu Wschodnim. A przynajmniej miałem taką nadzieję albowiem tabliczek informacyjnych jak na lekarstwo. Jednak po chwili miłej dyskusji ze starszą panią, utwierdziłem się w przekonaniu, że wysiadłem w dobrym miejscu. Ruszyłem na poszukiwanie przystanków.
Widząc, że przy kasie biletowej jest w miarę luźno, postanowiłem się zapytać czy może ktoś wie gdzie powinienem iść. Pani powiedziała, że ona sama nie wie, ale jak wyjdę z budynku i pójdę na lewo to tam będzie taki niebieski kontener i tam będzie siedział dyżurny ruchu. On będzie wiedział. W porządku. Mówię do siebie – już prawie u celu, dasz radę. Wychodzę z budynku, kieruję się na lewo i odnajduję niebieski kontener. Tylko że okienka pozamykane na cztery spusty. Taki psikus.
Zacząłem się rozglądać. Zaufałem instynktowi, który mówił, że to raczej i tak nie tu więc ruszyłem na drugą stronę dworca. Nie obyło się bez małego pytania o pomoc w obraniu kierunku ponieważ Dworzec Wschodni jest w o wiele większych powijakach niż Dworzec Centralny.
Udało mi się w końcu przejść na drugą stronę. Było tutaj o wiele więcej przystanków co z jednej strony było dobrą rzeczą – oznaczało, że idę w dobrym kierunku – ale z drugiej ilość autobusów przy przystankach nie pozwalała objąć wzrokiem całego terenu i łatwo zlokalizować poszukiwany autobus. Zacząłem manewrować pomiędzy autobusami aż moim oczom ukazała się mała, biała budka kiosku. Podszedłem do tej budki, zastukałem w okienko i zacząłem rozmawiać z miłą, młodą panią z kiosku. Po chwili do rozmowy dołączyła wcześniej ukryta druga pani, trochę starsza, ale również młoda. A rozmowa potoczyła się tak:
- Dzień dobry, czy wie może pani skąd odjeżdżają autobusy PKS do [nazwa miasta]?
- (chwila ciszy) A wiem. (cisza)
- A powie mi pani? (delikatny uśmiech)
- A ta informacja kosztuje!
- A ile kosztuje?
- Całe twoje pieniądze!
- Ale ja mam tylko na bilet (uśmiech)
- Noo to ja nie wiem…
- No prooooszę (najmilszy uśmiech na jaki mogłem się zdobyć)
- No dobrze. Powiem panu, ale musi pan obiecać, że wracając do Warszawy odpłaci się pan nam. Proszę przywieźć konfitury od mamy albo cokolwiek.
Ze szczerym uśmiechem zgodziłem się i podziękowałem. Poszedłem w wyznaczonym kierunku i ujrzałem kilkadziesiąt metrów przed sobą upragniony widok – mój PKS stojący na parkingu. Ponieważ nie byłem do końca pewien do którego przystanku podjedzie, zdecydowałem się podejść do kierowcy.
Ponieważ plecak i torba już stosunkowo mocno dawały o sobie znać (nie zdjąłem żadnej z nich od kiedy założyłem je w domu ponieważ za dużo byłoby plątania), spacer do autobusu trochę mi zajął. Gdy w końcu doszedłem do bocznych drzwi powiedziałem „dzień dobry!”, niechcący strasząc kierowcę, który właśnie jadł bułkę i o mało się przeze mnie nie udławił. Pan kierowca zmęczonym głosem, ale z uśmiechem poprosił mnie, abym poczekał na przystanku ponieważ zostało mu jakieś piętnaście minut przerwy i chciałby je wykorzystać. Powiedziałem, że oczywiście, przeprosiłem za najście i upewniłem się do którego przystanku podjedzie.
W końcu udało mi się. Walizka w luku bagażowym, plecak i torba obok mnie. Nareszcie mogłem odetchnąć z ulgą, usiąść wygodnie dając odpoczynek plecom i nogom. Oraz rozkoszować się jazdą podczas lektury książki i słuchania muzyki.
Na tym kończy się opowieść o mojej mini-podróży. Jakie płyną z niej wnioski? Nie ufaj rozkładom internetowym i zawsze dzwoń na infolinię! A tak na serio to chciałbym jeszcze przez chwilę podyskutować o tych wszystkich paniach w okienkach informacyjnych i o tych panach z miotłami w rękach. Otóż wbrew pozorom większość podróżnych niesamowicie wiele im zawdzięcza. Wskazanie kierunku w którym powinniśmy się udać, aby dostać się na odpowiedni peron może się wydawać niczym, ale jak się chwilkę zastanowić to bez tej małej wskazówki moglibyśmy spóźnić się na pociąg, ostatni danego dnia i nie dać rady wrócić do domu. Zawdzięczamy im tak wiele, a tak mało im dajemy w zamian za pomoc. Najczęściej jest to roztargnione „dziękuję”, podczas wypowiadania którego dawno już myślami jesteśmy gdzie indziej, nasze myśli wędrują do „druga po prawej”. A powinno być inaczej. To powinien być szczery uśmiech i „dziękuję bardzo!” powiedziane prosto w oczy.
Bądź też ładnie zapakowane konfitury od mamy.

