Uroki dzieciństwa
Czy pamiętasz jaki świat był piękny gdy byłeś jeszcze dzieckiem?
Wszystko wokół Ciebie przepełnione było przygodami! Od zabaw w odkrywanie tajemnic skrytych w opuszczonych, pustych domach, przez zwykłą grę w piłkę, aż po codzienne gry w chowanego wieczorem. Aż łezka się w oku kręci.
Ostatnio w pracy wywiązała się ciekawa dyskusja. Jak to kiedyś człowiek był w stanie umówić się i bez większego problemu spotkać z kimś praktycznie bez użycia telefonu, podczas gdy teraz telefonu komórkowego używamy nawet, aby znaleźć się na średnio zatłoczonej ulicy. Oczywiście pochodzę z trochę „świeższego” rocznika niż inne osoby w biurze, ale zacząłem sobie przypominać jak to u mnie wyglądało.
Telefony komórkowe chyba dopiero powoli się rozpowszechniały, ale nie było mowy, aby jakieś dziecko miało takie urządzenie. Jedynie telefony stacjonarne były wtedy na porządku dziennym. I jak teraz zacznę się zastanawiać w jaki sposób umawiałem się z kolegami na „piłkę”, jestem zdumiony jak łatwo to przychodziło. Wystarczyło, że poprzedniego dnia się coś wspomniało, że mniej więcej o tej i o tej godzinie zbierzemy się na boisku, a wszyscy jakoś magicznie pojawiali się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. A jeżeli nie, nikt nie wyciągał nerwowo telefonu komórkowego z kieszeni i nie obdzwaniał spóźnialskich – każdy cierpliwie czekał. Zawsze było coś, o czym można było porozmawiać. A jeżeli ktoś dość poważnie się spóźniał, najczęściej nie trzeba było nikogo przekonywać, aby odbyć spacer, czasem nawet dość długi, w kierunku domu osoby spóźnialskiej i zapytać co się dzieje. I nawet gdy osoba spóźnialska nagle stwierdziła, że nie może wyjść, nikt nie miał jej za złe bezcelowego spaceru. Wzruszaliśmy ramionami i wracaliśmy na boisko. Codzienne spacery tego typu były normą i nikt nie narzekał na bolące nogi.
Pamiętam też, prawie że legendarne, zabawy w chowanego. Praktycznie co wieczór dzwoniło się do każdego domu na ulicy z kultowym pytaniem „Czy Adam może wyjść?”. I tak zbierało się dwadzieścia dzieciaków przy jednym ze słupów podtrzymujących kable elektryczne. Weteranów łatwo było poznać – bardzo starannie dobierali ciemne ubrania, aby móc łatwiej chować się w krzakach.
I chociaż raczej nikt nie biegał z zegarkiem na ręku, zawsze było wiadomo kiedy kto musi wrócić do domu. A pomimo że gra trwała czasem nawet do dwóch godzin, kiedy to najczęściej zostawali już ci najwytrwalsi, zabawy było co niemiara. Teraz, kiedy widzę jakichś dzieciaków bawiących się w chowanego, wspominam kiedy to ja tak biegałem w granatowych dresach, ubrudzony piaskiem po klęczeniu przy starym, pomarańczowym sklepie spożywczym.
Była też podstawówka. Nikt do nikogo nie dzwonił, a jednak wiadomo było o której godzinie należy wyjść z domu, aby po drodze spotkać kolegów. Te przerwy spędzane na trzepaku – ktoś kiedyś sprytnie porównał wcześniejsze trzepaki do dzisiejszych for internetowych. Kampanie zdrowia zębów, kiedy szkolna pielęgniarka zabierała wszystkich do łazienki i kazała myć zęby jakąś specjalną pastą. Pamiętam, że miałem czerwoną, plastikową, po części przeźroczystą szczoteczkę. A pasta miała dziwny smak chociaż nie była najgorsza.
Po szkole wyprawy do opuszczonych domów. Chociaż rodzice upominali, aby tam nie chodzić, to pokusa odkrywania nowych rzeczy była zbyt duża. Przechadzając się surowymi, chłodnymi korytarzami z fragmentami pobitego szkła na podłodze, które złowrogo chrupało pod stopami, zawsze miało się wrażenie, nie ważne czy ktoś się zarzekał, że nie wierzy – czuło się obecność ducha osoby, która kiedyś tutaj mieszkała. Ten dreszczyk emocji… Ta gęsia skórka, która towarzyszyła podróżom. I to uczucie ulgi, a jednocześnie rozczarowania, że jednak nie spotkało się tego ducha, które pojawiało się zaraz po powrocie do świata zewnętrznego.
Gry na Pegazusa były już co prawda dostępne (te wycieczki na miasto w poszukiwaniu nowych gier) jednak to rozpowszechnienie się komputerów wywołało małą rewolucję. A z nimi gry komputerowe. Pojawiło się też Gadu-Gadu i do dzisiaj pamiętam te zabiegi i rywalizację, aby „zdobyć” numer GG od jakiejś szkolnej piękności.
Ale wrócę do gier komputerowych. Nie kryję, że ich popularyzacja wśród młodziaków takich jak ja skutkowała większą ilością czasu spędzonym przed komputerem niż na świeżym powietrzu. Jednak nie sądzę, aby to miało aż taki zły wpływ. Ponieważ nie oznaczało to, że zamykaliśmy się w domach i graliśmy cały dzień. Było wiele gier w które można było grać wspólnie – Worms Armageddon, Fifa czy chociażby Heroes of Might and Magic. Jeżeli gra, w którą chcieliśmy grać, umożliwiała grę kilku osób jednocześnie przy jednym komputerze – zbieraliśmy się u jednego ze znajomych i graliśmy u niego. A więc tak – komputer odebrał nam trochę czasu, który mogliśmy spędzać na powietrzu. Ale nadal spotykaliśmy się i obcowaliśmy z innymi. A taki przecież chyba jest, między innymi, cel dzieciństwa – socjalizacja. Nauczenie się obcowania z innymi.
Poza tym nie było tak, że już wcale nie graliśmy w piłkę czy nie zaglądaliśmy do opuszczonych domów. Gry dawały nam inspirację do zabaw, rozszerzały naszą wyobraźnię. I tak w okolicach opuszczonego domu można było zorganizować „bazę”, której broniła jedna drużyna, podczas gdy kilku innych chłopaków ją atakowało. I nie potrzebne były plastikowe zabawki – patyki świetnie służyły jako niezawodna broń, a szyszki zdawały egzamin jako granaty. Nigdy chyba też nie zapomnę do czego mnie i mojego przyjaciela z dziecięcych lat skłoniła jedna z gier, a mianowicie Fifa 2002. Otóż tak bardzo spodobało się nam intro do gry (link na YouTube), że postanowiliśmy je w całości we dwójkę „odegrać”. Co prawda na boisku w filmiku było trochę więcej piłkarzy niż dwóch, ale przez większość czasu uwaga skupiała się na maksymalnie dwóch, a więc nasza dwójka była w zupełności wystarczająca. I ponieważ znaliśmy to intro na pamięć, praktycznie wystarczyło wziąć piłkę pod pachę i wyjść na podwórko. Muszę się pochwalić, że to mi przypadł ten widowiskowy rzut bramkarza pod koniec. Ach, ta muzyka. Te wspomnienia!!!
Czasy jednak nieuchronnie się zmieniają. Opuszczone domy zostały przebudowane i zamieszkane (swoją drogą – dziwne uczucie gdy teraz patrzy się na te domy, z firankami w oknach, podczas gdy kiedyś w oknach zdawało się widzieć upiory i zjawy), a już niedługo ma zostać opublikowana Fifa 2012. Podstawówka do której uczęszczałem przeszła generalny remont i dorobiła się boiska z prawdziwego zdarzenia. W chowanego bawimy się tylko czasem, a jeśli już to z szefem w pracy.
Często mówi się, że dzisiejsza młodzież, to już nie to samo. Ale tak samo mówiono kiedyś o nas. I ktoś inny tak samo mówił o wcześniejszej generacji. A jednak każde pokolenie swoje dzieciństwo uważa za najlepsze. Dlatego myślę, że powinniśmy się wstrzymać z osądami co do zachowań dzisiejszych dzieciaków jeszcze przez jakiś czas. Dajmy im szansę się wykazać!
A Ty, drogi czytelniku. Co pamiętasz ze swojego dzieciństwa? Co możesz nazwać ikoną swoich młodych lat? :-)

