O noszeniu okularów

Moi znajomi na pewno doskonale pamiętają, że mam wadę wzroku (chociaż jakiś czas temu dowiedziałem się, że dwójka moich współlokatorów wspólnie zastanawiała się czy ja noszę okulary – a noszę je nieustannie od końca szkoły podstawowej). Noszenie okularów z pewnością wielu osobom przywodzi na myśl wiele niedogodności związanych z koniecznością nieustannego trzymania na nosie dwóch szkiełek oprawionych w kawałek plastiku.

Przyznać tutaj muszę, że noszenie okularów jest czasem udręką. Bez nich nie widzę zbyt wyraźnie (jestem krótkowidzem – moja wada to około minus dwa), a muszę je zdejmować do uprawiania większości sportów. Do tego muszę na nie uważać po zdjęciu – nie mogę ich po prostu rzucić gdzieś na ziemię (raz już zdeptałem własne okulary ;)).

Noszenie okularów ma jednak swoje zalety. Nie jest to jednak wpis gdzie zamierzam opisywać te oczywiste zalety. Dzięki okularom my, okularnicy, możemy z powrotem widzieć świat w ostrych konturach – czyli taki, jakim jest (a przynajmniej taki, jaki jego obraz przedstawia nam nasz mózg). Do tego odpowiednio dobrane okulary mogą być dodatkiem do ubrania, wyrażaniem swojego stylu. Nie wspominając już o tym, że mogą też być przydatnym akcesorium – tak zwane fotochromy, czyli szkła, które samoczynnie przyciemniają się w obecności promieni słonecznych, są dla mnie istnym wybawieniem ponieważ już od dawna nie muszę się przejmować czy mam przy sobie okulary przeciwsłoneczne.

Ale! Obiecywałem, że nie będę się rozpisywał na temat oczywistych zalet noszenia okularów ponieważ je mniej więcej każdy jest w stanie wymienić samodzielnie. Ja chciałbym opisać inną zaletę noszenia okularów, a raczej, nie-noszenia okularów. Innymi słowy – zalety posiadania wady wzroku.

Poproszę teraz wszystkich Czytelników, którzy noszą okulary o ich zdjęcie. Co widzicie? Można by powiedzieć, że po części inny świat – świat do którego tylko my mamy wstęp. Świat, który niby jednym słowem można opisać jako rozmazany jednak jest to często okrutna generalizacja.

Gadam głupoty? Nie sądzę. Otóż gdy ostatnio stałem wieczorem w miejscu z którego mogłem obserwować świetlistą panoramę pewnego miasta, byłem – jak zwykle – niezwykle zaintrygowany tą żywą grą świateł i światełek. Szybko przemijające światła samochodów przeplatające się z małymi punkcikami świateł latarnii ulicznych. Pojawiające się i znikające światła zapalane w domach, widziane przez kwadratowe okna. Nad wszystkim czuwający przelatujący nieopodal samolot, który dziurawi ciemne jak smoła niebo czerwonymi i białymi światełkami. Obraz jest niezwykle ostry i żywy.

I wtedy zdecydowałem się zdjąć na chwilę okulary. Moim oczom ukazał się świat zupełnie inny lub może ten sam, lecz jakby z innego wymiaru. To, co było żywe – takie pozostało. Ostre jednak zmieniło się na gładkie i łagodne. Każde światełko, nie ważne jakiego koloru oraz czy poruszające się czy nie – otoczone zostało delikatną mgiełką światła. Ruch stracił swoją ostrość, przez co zdawało się jakby zamierał i zwalniał, a mgiełka otaczająca każde źródło ruchomego światła rozmywała się jeszcze bardziej i zostawiała delikatną smugę zanikającego światła.

Jest to zupełnie inny świat, którego mogę doświadczyć jedynie dzięki skromnej wadzie mojego wzroku. Świat, który można zaprezentować poprzez wykonanie rozmazanego zdjęcia, ale to nie o rozmazanie tutaj chodzi. Tutaj chodzi o gładkość i ruch. I możliwość łatwego przechodzenia pomiędzy światami.

Okulary… Para soczewek wbudowanych w kawałek plastiku bądź metalu. Stworzone i noszone po to, aby korygować miejsce skupiania się światła w soczewce oka. Z racji ilości czasu jakie spędzamy przed urządzeniami elektronicznymi, coraz więcej ludzi musi udać się do optyka po odbiór tego naszyjnika na czoło. Nie powinno to być jednak postrzegane przez nikogo jako klątwa. To po prostu zaproszenie do nowego wymiaru naszego świata!